sobota, 12 września 2026

nikogo

to jest samotność chyba. czasami to tak, jak siedzenie w pustym pokoju, drzwi mogłyby być otwarte, ale i tak wiem, że nikt nie wejdzie, bo przecież nigdy nikomu nie podałam adresu. czasami odwrotnie: drzwi są zamknięte, ale czuję, że ktoś stoi za nimi, że tylko czeka na zaproszenie, że mógłby wejść w każdej chwili, gdybym tylko otworzyła, gdybym pozwoliła mu wejść. 

ktoś miał wczoraj urodziny. tego samego dnia (miesiąca; roku oczywiście innego) stało się ... no? co wtedy zrobiłaś? co się wtedy stało? 

s.t.a.ł.o.s.i.ę.

sobota, 5 września 2026

może ja

przecież to wszystko nic. przerosły mnie marzenia. kto to wymyślił? kiedy? myślałam o tym ostatnio. pamiętam siebie z dzieciństwa. chyba nigdy nie byłam inna. tzn. byłam inna, od zawsze byłam, ale nigdy inna niż w ten sposób inna :) o to mi chodziło. no może poza pierwszymi latami życia, w wieku przedszkolnym jeszcze. chociaż już wtedy miałam bardzo nietypowe, jak na ten wiek, fantazje, marzenia. chyba nietypowe, pod pewnymi względami, nie wiem. może tak miało być. może musiało. może nie było innej drogi, w tej konfiguracji akurat, albo może jest tysiące innych dróg i tysiące wersji mnie na tych drogach (coś oglądałam, takie luźne skojarzenie). jest mi tylko trochę przykro. jak zawsze tylko trochę. nie wybaczyłam sobie, jeszcze nie. chciałabym wybaczyć kiedyś. chyba wrócę do pisania. może nie zabiję fifi. nie teraz, chociaż nadal nie wiem kim...

niedziela, 2 sierpnia 2026

fifunia

długo nic nie pisałam, jakoś tak jest dziwnie. nie wiem od czego zacząć i nawet do końca nie wiem co dokładnie chcę napisać. możliwe, że zdecyduję się zamknąć wszystkie konta fifikse. chyba chciałabym zakończyć ten etap, nie wiem. powstrzymuje mnie głównie pamięć o tym, co było ponad dwa lata temu, kiedy po stosunkowo niedługim czasie bardzo żałowałam tego kroku. wróciłam. zaczęłam od nowa tworzyć to, co w jednej chwili zniszczyłam. wtedy, pamiętam, po "powrocie", opisałam to dokładnie - jak bardzo chcę być fifi, jak bardzo potrzebuję, jak bardzo muszę nią być. obiecywałam sama przed sobą, że nigdy więcej już nie ucieknę w ten sposób, że nigdy więcej tego nie zrobię. tak na marginesie: muszę znaleźć ten wpis, muszę go kilka razy przeczytać, spróbować poczuć to, co wtedy, może to mi pomoże jakoś ukierunkować się, podjąć decyzję, na razie nie jestem pewna, jeszcze nie wiem co zrobię. nie będę się spieszyć, nie muszę, to nie jest jakaś nagła myśl, nie będzie to też raczej pochopna decyzja, nie chciałabym aby była. mimo wszystko czuję, że fifi nie jest już tą którą była, tzn. że ja nie jestem już nią, albo może że nie chcę już być, nie wiem sama. chodzi też o to, że od dłuższego czasu fifikse praktycznie nic nie daje mi, tzn. nie karmi mnie w żaden sposób. może to o to chodzi GŁÓWNIE (?), a jeśli o to, to oczywiście może mieć niewiele wspólnego z samym nickiem, z poczuciem tożsamości jako takiej, a bardziej z interakcjami, które w sumie u mnie bardzo mocno na poczucie tożsamości wpływają, ale zostawmy to na razie. faktem też jest, że fifi od dłuższego czasu nie utrzymuje relacji z ludźmi, którzy jakoś "karmiliby" ją. nie ma żadnej dla niej ważnej relacji, tzn. żadnej aktywnej ważnej, z kimkolwiek kto interesowałby ją. nie ma żadnego ważnego miejsca, miejsca które byłoby dla niej znaczące, które byłoby sceną idealną. nie ma idealnej sceny i nie ma znaczącej widowni, nie ma przed kim grać, nie ma przed kim popisywać się. (...) wydaje mi się, że jest coś jeszcze, tzn. w sensie takim, że są jakieś inne przyczyny, coś o czym nie mówiłam, ale... kurwa no! boję się że będę żałować. 

nawet na blogu od dawna nie piszę, nie pisałam. czemu miałabym pisać, skoro to blog fifikse, a ja "nie jestem nią" (?) ja żyję realnie, ona wirtualnie... a że coś zjebałam? warto wspomnieć? to przykre. przykre, no tak. od dawna nie było "ostatniego dnia umierania" (...) niestety jest, trochę już było, a SZŁO MI KURWA ZAJEBIŚCIE DOBRZE. oczywiście to sukces duży, tak czy inaczej, nigdy jak dotąd większego sukcesu nie było. będzie dobrze i będą sukcesy większe, ja w to wierzę i ja to wiem. nie mogę myśleć inaczej, nie myślę i nigdy inaczej nie myślałam. ostatnie miesiące pokazują, że potrafię, że mogę. 

czego ja tak naprawdę chcę? 

kim ja być chciałam?

sobota, 23 maja 2026

Jakiś znak (też Ważne)

Wyszło dokładnie tak, jak trzy lata temu. Prawie dokładnie, z tą różnicą że gorzej. Ja nadal jestem na "nie", nadal odmawiam, nadal stawiam opór, ale jednocześnie ratuję się, jak wtedy. Wszystko wygląda dosłownie tak samo - te same myśli, te same emocje, te same zachowania, tylko strach jest większy. Jest, lub raczej był. Pewnie nadal gdzieś we mnie jest, ale w tej chwili go nie czuję, nie dopuszczam go do siebie, odcinam się. Tym razem ryzyko jest większe, poczucie sprawczości niestety mniejsze, mimo tego, wszystko inne: plany, zobowiązania, nakazy, zakazy, całe to "muszę", straciło znaczenie w jednej chwili. Cała ta chora konstrukcja po prostu runęła w konfrontacji ze strachem. Chyba w jednym ze starych wpisów użyłam dokładnie tych samych słów. To nie jest nowość, żadne zaskoczenie, żadne wielkie odkrycie, tak samo było i wtedy, i to akurat jest plus. To jest ten rodzaj wolności, na jaki inaczej nigdy bym sobie nie pozwoliła. Wolności wymuszonej, ale jednak prawdziwej. Boże.
A gdy wróciłam do domu, zaraz po (albo najpóźniej dnia następnego), wyskoczył mi na blogu jeden ze starych wpisów. Tak, jeden z tych sprzed dokładnie trzech lat. Ten sam, o tym właśnie. Właściwie co najmniej kilka ich było wtedy, tych "o tym właśnie", ale ten, o którym wspominam, pisany był z dużej litery //bardzo rzadko to na blogu tym robię, nie jestem pewna co mną wtedy kierowało i czy było to celowe czy nie// to i ten teraz, dla odzwierciedlenia, bo to lustrzane odbicie przecież. Nie wiem czy powinnam dziękować. Chyba... Dziękuję. 

wtorek, 12 maja 2026

o wszystkim właściwie

nie wiem od czego zacząć. może od tego, że dzisiaj zapomniałam, jak się otwiera okno. stałam przed oknem przez dłuższą chwilę i patrzyłam na nie i wydawało mi się, że to jakaś pułapka, czy coś takiego, że jak jej dotknę (tej pułapki), to coś się stanie. coś strasznego. odwróciłam się i usiadłam na podłodze, bo… tak sobie, nie wiem, bo tak czułam, tak chciałam, bo podłoga w tamtej chwili wydawała się najbardziej bezpieczna, ale przez chwilę i tak słyszałam w niej kroki. powietrze pachniało jak kiedyś w szpitalu, nawet nie wiem czy to przyjemne czy nie, a może to w związku z tą przychodnią. na stoliku, czy jak to tam nazwać, wiadomo o co chodzi, mam szklankę z łyżeczką, mam śmieci sprzed wielu dni, zbierane od wielu dni. chyba wyrzuciłam jakąś część kiedyś tam, przedwczoraj, albo raczej dalej, a i tak jeszcze uzbiera się sporo, uzbiera się przed (...)

z sufitu kapie sobie świaaatłooo! (to chyba z jakiejś piosenki, taki tekst, albo by mógł być piosenką, albo tak sobie śpiewam w myślach, bo z czymś mi się kojarzy, ale z jakąś piosenką i tak) takie małe jasne kropelki kąpią - i coś tam dalej. 

nie mogę się doczekać już. naprawdę tęsknię za tym stanem. chyba nie wrócę, chyba mam dość na bardzo długo. nie tego mi brakuje i nie za tym tęsknię, ani też zresztą nie za nim. o czymś innym myślę i o kimś innym myślałam ostatnio, chociaż to też nie tęsknota, co do tej osoby. nie wiem co. może tęsknota jednak, jakiś jej rodzaj, ale nie do końca za samą osobą, no ale... w sumie rozmawiałam też i o tym, takie tam, no niby oczywiste, no tak, tylko że ja raczej mam uczucia, naprawdę, chociaż nie wiem skąd to raczej, nie wiem skąd ta wątpliwość. 

a dzisiaj, tzn. wczoraj, wyłączyli prąd przed samym (...), nie tylko przez to przedlużyło się, przedłuża, chociaż i tak to już bardzo długo trwa, mimo wszystko coraz bliżej, jestem coraz bliżej. tak już mało muszę. tj. mało "muszę". o tym to. 

niedziela, 3 maja 2026

oj tam z tymi tutułami

kiedy otworzyłam oczy po tej długiej nocy, gdzie zdemolowałam wszystko to, co wydawało się prawdziwe, nie było nic innego niż chwilowa refleksja, którą zagłuszyłam po chwili, i którą zagłuszam sobie pięknie od kilku miesięcy już. tylko że to nie do końca tak - to nie jest powód tak naprawdę. nie jest to powodem od dłuższego czasu nawet. to tylko impuls, raczej chwila, później motywem są cechy anankastyczne bardziej, wszelkie schematy: nakazy, zakazy, mogę, nie mogę, muszę. pierwszy raz (w życiu!) trwa to tak długi czas. znam powody oczywiście i one są bardzo przyziemne, tzn. w tej warstwie tu i teraz, bo jasne przecież że jestem zje*em, a każde zje*anie ma głębsze przyczyny, no ale ja nie o tym w tej chwili, nie chodzi mi przecież o grzebanie w korzeniach (o jaaaa! to kiedyś były słowa R ;)) mi chodzi o to by przerwać ten cykl. no i to jak najbardziej JEST PRZYZIEMNE - to, czego potrzebuję by zakończyć go. tak więc jeszcze "chwila" bo brakuje kilku elementów tej układanki - to coś jak puzzle z napisem WOLNOŚĆ, których nie mogę ułożyć, dopóki nie dostanę konkretnych puzzli - bardzo konkretnych, określonych, bo przecież nie da się dopasować innych, trzeba mieć te konkretne... i ja ich nie mam w tej chwili. 

piątek, 6 lutego 2026

coraz mniej

L. nie żyje. 

wiedziałam, gdy tylko uslyszłam telefon. 

Z. nie dzwoni po trzeciej w nocy.

normalnie nie dzwoniłaby.

taki sens

taki cel

taki koniec

straszne

to 

jest

środa, 28 stycznia 2026

przez sen

przez strach, poddanie, albo przez zwyczajne "nie chciało mi się" (to przecież tak duży wysiłek). bosze, jak bardzo brakuje mi (...) takie ładne gwiazdki, gwiazdeczki. pamiętasz, że wtedy było mi niedobrze? że prawie zemdlałam, na serio. pamiętam to, jakby to było wczoraj. jak weszliśmy do tej łazienki, twojej - znaczy, tej, którą ty wtedy miałeś. dziwne, jak bardzo żywe są niektóre wspomnienia, podczas gdy inne rozmywają się w czasie. trochę śmieszne, że teraz mieszkam niedaleko, no, właściwie od dawna, i kiedy przechodzę tamtędy, chociaż "tamtędy" to za mało precyzyjne, nieokreślone to jest, bo określone być do końca nie może - więc kiedy jestem w tych okolicach, na tej ulicy, która wydaje mi się dokładnie tą samą, przy której wtedy (...) zatrzymuję się czasami i szukam wzrokiem tego domu, tej przybudówki, czegoś, co przypomniałoby mi: to tu! ale nic takiego nie znalazłam przez lata i pewnie nie znajdę już. przechodzę obok, mijam ten dom, jeśli w ogóle go mijam, nie wiedząc, że to właśnie on. dziwne, że pamięć potrafi być tak dziurawa, jakby niektóre fragmenty życia zostały wycięte, wymazane, a inne pozostały nienaruszone, albo dorysowane, przerysowane, podkoloryzowane - pamięć zawsze jest subiektywna, poza tym często kłamie. 

pamiętałam lustro, w tej łazience, ciemnej łazience (nie było w niej światła, lub z jakiegoś powodu nie potrafiłam, nie chciałam go włączyć) lustro, przed którym stałam chwilę przed, a może chwilę po (?) nie wiem. na pewno tam stałam patrząc sobie w oczy. stałam tam sama, ale to lustro i moje w nim odbicie było wtedy wystarczającą widownią. tym bardziej, że to była scena z jakiegoś filmu - tak mi się wtedy skojarzyło i taką też scenę odegrałam - przed sobą, przed lustrzanym odbiciem, scenę z filmu, którego nie pamiętam już. 

to była rzeczywistość, a sen był wczoraj. 

w tym śnie, wczorajszym śnie, runęło wszystko. maska spadła, rozbiła się na kawałki, i nie było o co walczyć, nie było czego zbierać już. 

to tylko sen, całe szczęście.

oczywiście, że wrócę do "siebie".

poniedziałek, 26 stycznia 2026

zawsze tęskniłam za sobą

kim ona była, kim będzie. nikt się nawet nie dziwi. to przecież dziewczynka, dziecko. dziecko, dziewczynka. dziewczynka, dziecko, dziewczynka, dziecko. dziewczynka. nikt nawet nie pomyśli. nikt się nie dziwi. 

jak wielki mam sentyment, ojej. co ja czuję oprócz tego? no niewiele. sentyment głównie, przede wszystkim. nie wiem czy jest coś więcej. chociaż, właściwie to cała sieć połączeń. 

(nie tylko wiadoma osoba, choć o konkretnej była mowa akurat, ale nie tylko ona - ci ludzie w ogóle, albo i bez tego "ci" nawet) istnieje/istnieją TYLKO jako ten znaczący element. bardzo znaczący i wywołujący silne emocje, ale mimo wszystko to jest element (np. danego czasu, danego miejsca, danej scenografii) i nic więcej. chodzi mi o to, że bez (...) nie ma (ich) w moim życiu. tzn. mogliby być sobie już tylko jako wspomnienie. nie ma tęsknoty, ani nawet znaczącej potrzeby utrzymania kontaktu (o tym też wiele razy pisałam odnosząc to do różnych ludzi - ja faktycznie tęsknoty w klasycznym sensie raczej nie odczuwam, jeśli już coś zbliżonego, to chyba coś w rodzaju sentymentu właśnie). który to nawias, czego, lub kogo dotyczy? o kim ja piszę tu? 

taksobie. osobie.

taka mnie czeka droga. dróżka. 

trzeba iść. trzeba żyć. trzeba być.

nią.

**********

oj, to jednak jest "ostatni dzień" (!) tylko że początek ostatniego dnia. na jedno wychodzi - ostatni. nie trzeba chwilę przed, można wiele godzin. można tak. można też w ogóle bez związku żadnego. no nie wiem. niby można. tylko, że nie ma niczego ponad, albo "bez związku żadnego". nic takiego nie ma w tej chwili.

piątek, 23 stycznia 2026

"biedny chat"

taki tam trend, raczej zabawa, a rozwinęła się z tego ciekawa rozmowa, dość ciekawa psychoanaliza. to nie jest o tym jak "traktuję" chat. nie tylko.



wtorek, 13 stycznia 2026

z oddali

nie ma dramatów, są tylko przesunięcia. cienie rzeczy, które mogłyby być prawdziwe. bliskość, która zatrzymała się kilka milimetrów od skóry. słowa, które nigdy nie padły. 

jest coś takiego jak ślad po myśli - jak odcisk na śniegu, zanim śnieg rozpuści się i zniknie - być może nie ma niczego więcej, to wszystko.

środa, 17 grudnia 2025

nieprzypadki

nie wiem kto to wymyślił, ale był tam ktoś, i chyba był to ON - jakby był zawsze, zanim jeszcze cokolwiek zaczęło istnieć. nie wiadomo kiedy pojawił się, nie wiadomo skąd. może nie pojawił się nigdy, tylko był wpisany w układ. bez pojawiania się istniał od początku (istniał od zawsze i przed).

wiem tylko, że było miejsce, nie wiadomo jakie. wyjątkowe, może święte, nie wiem. ludzie mówili, by nie pytać o kierunki, bo tam nie było kierunków, było tylko TU. oni też byli właśnie tam, czyli tu - oni tu właśnie byli. nie wiem ilu. chyba kilku. może dwie lub trzy osoby w wielu odsłonach. coś z R. coś z M. może też coś z K. ale to nic pewnego. 

co to jest pewność w ogóle?

wtorek, 16 grudnia 2025

oczekiwania

wszystko jest w domyśle, tak jakby w nawiasie, każde moje słowo, każda myśl. nie wiem gdzie kończy się to zdanie, i czy w ogóle się kończy, może dalej jest tylko szum. zresztą chyba właśnie tam powinnam zacząć. zawsze czekam na (...) q*wa, zawsze czekam. zawsze czekałam.

poniedziałek, 15 grudnia 2025

samotnia

oczy zamknięte, ale nie ze snu, tylko z przeciążenia. jakby spojrzenie mogło jeszcze coś zmienić. nic nie zmienia. światło kładzie się cienko jak oddech osoby, która właśnie zrozumiała, że nie ma po co oddychać. chcesz wstać, ale przecież nie ma powodu by przejść do innego kąta tej samej ciszy. czas rozciąga się jak błona między dniami, przezroczysta, drżąca, ale silna, odporna, nigdy nie pęka, nigdy nie znika. samotność chodzi własnymi drogami, trochę jak kot - niby swoja, niby obca, czasem przemyka pod nogami, zaczepia puszystym ogonem. obok zapach zimnej kawy, nieumyte okno, kurz na parapecie. czy to, że wiesz, że żyjesz sam, znaczy, że jesteś sam? czy może samotność potrafi pełzać za tobą krok w krok, kleić się do skóry nawet wtedy, gdy ktoś śpiewa w łazience dwa metry dalej?

niedziela, 14 grudnia 2025

w.końcu

to tak jak np. siedzenie gdzieś w poczekalni. nie wiem skąd to skojarzenie, ale niech będzie takie. krzesła są plastikowe, zimne, i ciągle poprawiam włosy, bo ktoś może wejść. albo nikt. chyba nikt. chyba nie obchodzi mnie to. nie obchodzą mnie obcy ludzie. nie poprawiam więc niczego, w dupie mam to czy ktoś przyjdzie czy nie, ale przecież nie mogę tak siedzieć nie myśląc o niczym, nie mając planu, celu, czegokolwiek, nie wiem... ktokolwiek by nie wszedł usiadłby obok mnie. 

...a może ta poczekalnia to wcale nie jest poczekalnia, tylko wnętrze mojej głowy, a te krzesła są zrobione z czegoś miękkiego, więc to nie krzesła, to raczej fotele, a to, co miękkie kiedyś było twarde, ale teraz się poddaje pod ciężarem, naciskiem czegoś (z zewnątrz? wewnątrz?), kogoś. raczej kogoś. zastanawiam się, czy jeśli on wstanie, to zostanie odcisk, taki jak w materacu po kimś, kto nigdy tam nie siedział.

światło mruga. nie, nie światło, to powieki mrugają, ale w jakimś obcym rytmie, jakoś obco, trudno to opisać. czuję zapach - słodki, mdlący, trochę sztuczny, ale ładny, może to ep, chyba. 

może on też jest żywy, albo też jest martwy, może jest taki jak ja... nie, to niezbyt prawdopodobne akurat. obserwuje mnie i tyle. lubi. aż tyle. 

piątek, 28 listopada 2025

wyjścia

//nie zapomnij, nie zapomnij, nie zapomnij!!!

nawet ta rozmowa kilkugodzinna w jakimś sensie pomogła mi.

tylko, że on z tego nic nie będzie miał, ciekawe czy o tym wie? tak tylko myślę, zastanawiam się. powinien wiedzieć, jest mądry. może chodzi o poczucie dumy? może to jakiś rodzaj dowartościowania? w sumie nie wiem (raczej wątpię). poza tym, czy on w ogóle wie, że coś dla mnie robi, bo może to nic wielkiego - tzn. może w jego oczach to nic wielkiego (?) ale nie w sensie takim, o jakim rozmawiałyśmy ostatnio z A. tylko że może nie wie, że w ogóle pomaga mi? może to nie dla mnie, może to dla niego? właściwie to tak powinno być... chodzi mi o to, że jeśli ludzie wchodzą w relacje i utrzymują je z własnej woli, oznacza to, że każda taka relacja (o którą z własnej woli dbamy), coś nam subiektywnie "daje", zaspokaja jakieś nasze potrzeby, inaczej nie byłoby motywacji do utrzymywania jej. już chyba o tym kiedyś pisałam. nie może więc być tak, że on "nic z tego nie ma", coś tam musi jednak mieć. a zresztą... to bez większego znaczenia w tej chwili, najważniejsze jest to, co pomaga mi.

czwartek, 27 listopada 2025

ozdóbki

do zobaczenia za jakiś czas. o qrwa, czy to już?! zniknęły marzenia jak dym w dłoniach, jak papieros dogasający pomiędzy palcami //prawie nie pamiętam czego to jest smak// pozostaje już tylko kołysanie myśli, które galopują, krzyczą i płaczą jednocześnie. ten raj, tak, mój raj, który być może jest tylko mirażem, lustrzanym odbiciem moich pragnień, kpi sobie ze mnie - śmieje się cichutkim, lepkim śmiechem, jakby wiedział, że i tak wrócę. dziękuję, ależ oczywiście że dziękuję, ależ oczywiście że spróbuję jeszcze raz. za każdym miejscem, za każdym rogiem tylko więcej niepokoju, pulsujące światło i... cisza. śmieszne, bo w tym "labiryncie", w nieustannej walce bez celu - jestem, cały czas jestem, choć nie wiem po co, nie wiem kim.

wtorek, 25 listopada 2025

niezbyt

to trochę zabawne, może nawet bardziej niż tragiczne: nie jestem czarnowidzem, nie odsłaniam złowrogiej przyszłości, w całym tym bałaganie psychicznego placu zabaw zastanawiam się nad powodem, dla którego tak łatwo odpuszczam to, co powinno dawać mi skrzydła.

poniedziałek, 24 listopada 2025

ku*** prawie grudzień

...ale z drugiej strony, patrzcie, BARDZO DUŻO ZROBIŁAM, z wzorami na dywanie osiągnięć podziękowania dla magii za te wszystkie "sprawdzenia", ze spojrzeniem w górę, gdzie coś większego czuwa (mam nadzieję). jest we mnie sporo wdzięczności dla siebie, ale więcej mimo wszystko dla tego, co (...). to chyba sentyment na sznurze wiatru. sznureczku. DZIĘKUJĘ, chociaż przeszłość też jest jakimś dramatem w moim umyśle, bez końca dobrze i źle zamawiająca napotkane rzeczy. dosłownie - zamawiająca.

niedziela, 23 listopada 2025

i.tak.

nic nie daje się wypełnić, każda próba kończy się rozsypaniem, jakby moje istnienie miało wbudowaną funkcję samozniszczenia, jakbym była tworem, który wyczerpuje się przez samo bycie. to właściwie nic nadzwyczajnego, każdy człowiek "wyczerpuje się", ale nie w tym rzecz, nie o tym chyba chciałam. jestem winna, wiem czemu winna, za co może ukarałam się, choć sam proces trwa bez końca, bez początku, bez powodu. kocham siebie, mogę to, tamto, siamto, takie sobie kłamstwa powtarzam, jak zaklęcia jakieś, które mają odgonić strach, ale strach jest, zawsze jest, jak oddech, jak serca bicie. zawsze był ze mną, i na zawsze już zostanie. a zresztą... życie to pułapka, w którą wpadamy rodząc się, i nie ma ucieczki, tylko drzwi, które prowadzą do innych drzwi, a one do kolejnych. bzdura akurat, ucieczka zawsze jest. qrwa no! zniszczyłam wszystko kolejny raz //to przekleństwo, wykrzyknik = emocje, czyli kolejne kłamstwo, ozdoba, ja przecież nic nie czuję. serio niewiele w tej chwili. to tylko takie tam przemyślenia, w sumie bez większego znaczenia, choć z celem dość określonym, dla mnie oczywistym. czasami mam wrażenie, że świat naprawdę zbudowany jest z krzywizn, z zakrętów, w które się wchodzi z nadzieją, że coś się zmieni, ale to zawsze ten sam pokój, tylko w innym oświetleniu, czy w jakimś innym wymiarze, ale to te same ściany, ta sama pustka, tylko może okno inne, może z inną firanką, albo może z innym cieniem, który udaje inny kształt. zastanawiam się czasami czy bezsens to miejsce, czy stan skupienia, czy może sposób patrzenia, albo może choroba - taka, która nie boli ciałem, tylko myślą, albo przestrzenią między myślami, i niby można z tym żyć, ale wszystko się rozpływa, rozłazi się, ucieka, rozpada, jakby nici, na których wiszą dni, były przetarte, jakby któryś dzień miał się urwać i już nigdy się nie pojawić, nigdy nie zaistnieć już.