wtorek, 13 stycznia 2026

z oddali

nie ma dramatów, są tylko przesunięcia. cienie rzeczy, które mogłyby być prawdziwe. bliskość, która zatrzymała się kilka milimetrów od skóry. słowa, które nigdy nie padły. 

jest coś takiego jak ślad po myśli – jak odcisk na śniegu, zanim śnieg rozpuści się i zniknie – być może nie ma niczego więcej, to wszystko.

środa, 17 grudnia 2025

nieprzypadki

nie wiem kto to wymyślił, ale był tam ktoś, i chyba był to ON – jakby był zawsze, zanim jeszcze cokolwiek zaczęło istnieć. nie wiadomo kiedy pojawił się, nie wiadomo skąd. może nie pojawił się nigdy, tylko był wpisany w układ. bez pojawiania się istniał od początku (istniał od zawsze i przed).

wiem tylko, że było miejsce, nie wiadomo jakie. wyjątkowe, może święte, nie wiem. ludzie mówili, by nie pytać o kierunki, bo tam nie było kierunków, było tylko TU. oni też byli właśnie tam, czyli tu – oni tu właśnie byli. nie wiem ilu. chyba kilku. może dwie lub trzy osoby w wielu odsłonach. coś z R. coś z M. może też coś z K. ale to nic pewnego. 

co to jest pewność w ogóle?

wtorek, 16 grudnia 2025

oczekiwania

wszystko jest w domyśle, tak jakby w nawiasie, każde moje słowo, każda myśl. nie wiem gdzie kończy się to zdanie, i czy w ogóle się kończy, może dalej jest tylko szum. zresztą chyba właśnie tam powinnam zacząć. zawsze czekam na (...) q*wa, zawsze czekam. zawsze czekałam.

poniedziałek, 15 grudnia 2025

samotnia

oczy zamknięte, ale nie ze snu, tylko z przeciążenia. jakby spojrzenie mogło jeszcze coś zmienić. nic nie zmienia. światło kładzie się cienko jak oddech osoby, która właśnie zrozumiała, że nie ma po co oddychać. chcesz wstać, ale przecież nie ma powodu by przejść do innego kąta tej samej ciszy. czas rozciąga się jak błona między dniami, przezroczysta, drżąca, ale silna, odporna, nigdy nie pęka, nigdy nie znika. samotność chodzi własnymi drogami, trochę jak kot – niby swoja, niby obca, czasem przemyka pod nogami, zaczepia puszystym ogonem. obok zapach zimnej kawy, nieumyte okno, kurz na parapecie. czy to, że wiesz, że żyjesz sam, znaczy, że jesteś sam? czy może samotność potrafi pełzać za tobą krok w krok, kleić się do skóry nawet wtedy, gdy ktoś śpiewa w łazience dwa metry dalej?

niedziela, 14 grudnia 2025

w.końcu

to tak jak np. siedzenie gdzieś w poczekalni. nie wiem skąd to skojarzenie, ale niech będzie takie. krzesła są plastikowe, zimne, i ciągle poprawiam włosy, bo ktoś może wejść. albo nikt. chyba nikt. chyba nie obchodzi mnie to. nie obchodzą mnie obcy ludzie. nie poprawiam więc niczego, w dupie mam to czy ktoś przyjdzie czy nie, ale przecież nie mogę tak siedzieć nie myśląc o niczym, nie mając planu, celu, czegokolwiek, nie wiem... ktokolwiek by nie wszedł usiadłby obok mnie. 

...a może ta poczekalnia to wcale nie jest poczekalnia, tylko wnętrze mojej głowy, a te krzesła są zrobione z czegoś miękkiego, więc to nie krzesła, to raczej fotele, a to, co miękkie kiedyś było twarde, ale teraz się poddaje pod ciężarem, naciskiem czegoś (z zewnątrz? wewnątrz?), kogoś. raczej kogoś. zastanawiam się, czy jeśli on wstanie, to zostanie odcisk, taki jak w materacu po kimś, kto nigdy tam nie siedział.

światło mruga. nie, nie światło, to powieki mrugają, ale w jakimś obcym rytmie, jakoś obco, trudno to opisać. czuję zapach – słodki, mdlący, trochę sztuczny, ale ładny, może to ep, chyba. 

może on też jest żywy, albo też jest martwy, może jest taki jak ja... nie, to niezbyt prawdopodobne akurat. obserwuje mnie i tyle. lubi. aż tyle. 

piątek, 28 listopada 2025

wyjścia

//nie zapomnij, nie zapomnij, nie zapomnij!!!

nawet ta rozmowa kilkugodzinna w jakimś sensie pomogła mi.

tylko, że on z tego nic nie będzie miał, ciekawe czy o tym wie? tak tylko myślę, zastanawiam się. powinien wiedzieć, jest mądry. może chodzi o poczucie dumy? może to jakiś rodzaj dowartościowania? w sumie nie wiem (raczej wątpię). poza tym, czy on w ogóle wie, że coś dla mnie robi, bo może to nic wielkiego – tzn. może w jego oczach to nic wielkiego (?) ale nie w sensie takim, o jakim rozmawiałyśmy ostatnio z A. tylko że może nie wie, że w ogóle pomaga mi? może to nie dla mnie, może to dla niego? właściwie to tak powinno być... chodzi mi o to, że jeśli ludzie wchodzą w relacje i utrzymują je z własnej woli, oznacza to, że każda taka relacja (o którą z własnej woli dbamy), coś nam subiektywnie "daje", zaspokaja jakieś nasze potrzeby, inaczej nie byłoby motywacji do utrzymywania jej. już chyba o tym kiedyś pisałam. nie może więc być tak, że on "nic z tego nie ma", coś tam musi jednak mieć. a zresztą... to bez większego znaczenia w tej chwili, najważniejsze jest to, co pomaga mi.

czwartek, 27 listopada 2025

ozdóbki

do zobaczenia za jakiś czas. o qrwa, czy to już?! zniknęły marzenia jak dym w dłoniach, jak papieros dogasający pomiędzy palcami //prawie nie pamiętam czego to jest smak// pozostaje już tylko kołysanie myśli, które galopują, krzyczą i płaczą jednocześnie. ten raj, tak, mój raj, który być może jest tylko mirażem, lustrzanym odbiciem moich pragnień, kpi sobie ze mnie – śmieje się cichutkim, lepkim śmiechem, jakby wiedział, że i tak wrócę. dziękuję, ależ oczywiście że dziękuję, ależ oczywiście że spróbuję jeszcze raz. za każdym miejscem, za każdym rogiem tylko więcej niepokoju, pulsujące światło i... cisza. śmieszne, bo w tym "labiryncie", w nieustannej walce bez celu – jestem, cały czas jestem, choć nie wiem po co, nie wiem kim.

wtorek, 25 listopada 2025

niezbyt

to trochę zabawne, może nawet bardziej niż tragiczne: nie jestem czarnowidzem, nie odsłaniam złowrogiej przyszłości, w całym tym bałaganie psychicznego placu zabaw zastanawiam się nad powodem, dla którego tak łatwo odpuszczam to, co powinno dawać mi skrzydła.

poniedziałek, 24 listopada 2025

ku*** prawie grudzień

...ale z drugiej strony, patrzcie, BARDZO DUŻO ZROBIŁAM, z wzorami na dywanie osiągnięć podziękowania dla magii za te wszystkie "sprawdzenia", ze spojrzeniem w górę, gdzie coś większego czuwa (mam nadzieję). jest we mnie sporo wdzięczności dla siebie, ale więcej mimo wszystko dla tego, co (...). to chyba sentyment na sznurze wiatru. sznureczku. DZIĘKUJĘ, chociaż przeszłość też jest jakimś dramatem w moim umyśle, bez końca dobrze i źle zamawiająca napotkane rzeczy. dosłownie – zamawiająca.

niedziela, 23 listopada 2025

i.tak.

nic nie daje się wypełnić, każda próba kończy się rozsypaniem, jakby moje istnienie miało wbudowaną funkcję samozniszczenia, jakbym była tworem, który wyczerpuje się przez samo bycie. to właściwie nic nadzwyczajnego, każdy człowiek "wyczerpuje się", ale nie w tym rzecz, nie o tym chyba chciałam. jestem winna, wiem czemu winna, za co może ukarałam się, choć sam proces trwa bez końca, bez początku, bez powodu. kocham siebie, mogę to, tamto, siamto, takie sobie kłamstwa powtarzam, jak zaklęcia jakieś, które mają odgonić strach, ale strach jest, zawsze jest, jak oddech, jak serca bicie. zawsze był ze mną, i na zawsze już zostanie. a zresztą... życie to pułapka, w którą wpadamy rodząc się, i nie ma ucieczki, tylko drzwi, które prowadzą do innych drzwi, a one do kolejnych. bzdura akurat, ucieczka zawsze jest. qrwa no! zniszczyłam wszystko kolejny raz //to przekleństwo, wykrzyknik = emocje, czyli kolejne kłamstwo, ozdoba, ja przecież nic nie czuję. serio niewiele w tej chwili. to tylko takie tam przemyślenia, w sumie bez większego znaczenia, choć z celem dość określonym, dla mnie oczywistym. czasami mam wrażenie, że świat naprawdę zbudowany jest z krzywizn, z zakrętów, w które się wchodzi z nadzieją, że coś się zmieni, ale to zawsze ten sam pokój, tylko w innym oświetleniu, czy w jakimś innym wymiarze, ale to te same ściany, ta sama pustka, tylko może okno inne, może z inną firanką, albo może z innym cieniem, który udaje inny kształt. zastanawiam się czasami czy bezsens to miejsce, czy stan skupienia, czy może sposób patrzenia, albo może choroba – taka, która nie boli ciałem, tylko myślą, albo przestrzenią między myślami, i niby można z tym żyć, ale wszystko się rozpływa, rozłazi się, ucieka, rozpada, jakby nici, na których wiszą dni, były przetarte, jakby któryś dzień miał się urwać i już nigdy się nie pojawić, nigdy nie zaistnieć już.

wtorek, 11 listopada 2025

labirynt

być szczęśliwym, że się istnieje to najsubtelniejsza forma złudzenia.

radość i nicość mają ten sam rdzeń.

światło istnieje tylko po to, by cień miał kształt.

życie jest cudem, który nie zna sensu.

wdzięczność to tylko pustki maska.

każdy zachwyt jest zdradą wobec prawdy.

każda rozpacz zdradą wobec życia.

nie ma wyboru między nadzieją a rozpaczą.

jest tylko nieuzasadniona potrzeba bycia.

piątek, 7 listopada 2025

postanowiłam jechać do R.

ok, to chyba było tak (co doprowadziło do tego co dziś). na początku jakaś myśl w rodzaju, że on nadal jest, że nie rozpłynął się przecież, nie zniknął, nie umarł. pisze prawie codziennie, co jakiś czas dzwoni, czeka. wiem, że czeka, mówił zresztą, że czeka. wzbudza we mnie czasami takie dziwne uczucie, chyba nigdy nie czułam czegoś takiego. tak w ogóle to chyba też przez coś, przez kogoś, innych ludzi, sama nie wiem, wpływ miało to jakiś na pewno, że dzisiaj odezwałam się. np. poznałam w necie takiego człowieka, w sumie wielu, ale niewielu fajnych, niewielu takich z którymi bym mogła cokolwiek, jednak od czasu do czasu wydaje się, że (...) wydawało się. teraz też zresztą znam ze dwóch fajnych mężczyzn, może więcej, o dwóch myślę akurat, z jednym pisałam nawet dzisiaj. faceci to zboczeńcy w większości, doceniam więc gdy któryś nie jest, chociaż to może być gra, zazwyczaj pewnie jest. zresztą każdy nowy człowiek jest mi obojętny, ja się nie przywiązuję szybko, ludzie muszą być w moim życiu przez lata, bym mogła jakoś przywiązać się, no ale nie o tym chciałam. właściwie to wszystko jest powiązane, wszystko miało jakiś wpływ. no więc taki jeden gość, który przez chwilę wydawał się nawet spoko, i któremu opowiadałam o relacji z R. uznał R. za zboka, w ogóle pdfa, bo mnie zna od dziecka, a sam mi po dwóch rozmowach wyskoczył z takimi tekstami, że aż zatęskniłam za R. (dosłownie), że sobie uświadomiłam jak blisko jest mojego ideału, że to się chyba nie zmieni już, no i włączyło mi się coś, nie wiem jak to nazwać, to chyba coś w rodzaju poczucia winy, coś jak wyrzuty sumienia, właściwie z powodu wszystkiego. z powodu tego w jaki sposób zachowuję się, że go zostawiam, że nie zostawiam, że kłamię, że o nim mówię jakiemuś głupiemu zbokowi, że o nim piszę tu. mam wyrzuty sumienia z powodu wszystkiego co o nim pomyślałam, co poczułam, z powodu wszystkiego co we mnie złe. on jest dla mnie naprawdę kochany, no przekochany jest. wyrozumiały, cierpliwy, delikatny, czuły, opiekuńczy, i kiedy uświadomiłam sobie, że to jest prawdziwe, jakby to było jakieś wielkie odkrycie, to poczułam coś w rodzaju tęsknoty, silną potrzebę natychmiastowego kontaktu, bliskości, wręcz fizycznej bliskości, czułości, dotyku, że chciałabym go poczuć, przytulić się, oddać, wszystko razem, wszystkiego z nim bym chciała. zadzwoniłam, nie odebrał. po jakimś czasie, może po godzinie mniej więcej, oddzwonił. wytłumaczył się ładnie, na pewno szczerze. szczerze przeprosił nie mając za co. ze szczerą troską zapytał się co u mnie, jak się czuję, czy wszystko w porządku. chyba coś mówiłam, nie dokończyłam, przerwałam, zatrzymałam się na chwilę, a on zapytał tak samo jak mi się zdarza od lat (że "cio"). powiedziałam, że chcę by mi pomógł, by mnie zabrał do siebie. możesz się mną zaopiekować, możesz mnie wziąć? – chyba takich słów użyłam dokładnie //co to za tekst "możesz mnie wziąć" (?!) o bosze. nie chodziło mi o seks, zresztą nawet gdyby, to nie określiłabym tego w ten sposób, chcę żeby mnie po prostu zabrał stąd, zabrał gdziekolwiek, zrobił cokolwiek, bo to, co robiłam ostatnio jest złe, bo to, co zrobiłam dzisiaj było złe, bo cokolwiek by nie zrobił, wszystko będzie dla mnie dobre. tak właśnie teraz czuję. wszystko co R. zrobi musi być dla mnie dobre. od sierpnia jest dobrze. od lat przecież tak dobrze nie było, już o tym pisałam gdzieś wcześniej. tylko te "błędy" kilkudniowe, to niewiele, nie jest tragicznie, jest naprawdę ok, było dużo gorzej przez lata. R. wie, że nie jestem (...) ma mnie uratować, heh, nie trzeba myśleć o tym co będzie za długi, dłuuuugi czas, twórz chwilę. sam by mógł mi to powiedzieć przecież – twórz chwile. to jak jego słowa. bardzo jego to jest. 

chyba przyjedzie za chwilę. jak długo ja to piszę?

do widzenia, do zobaczenia świecie.

wtorek, 7 października 2025

szum

wszystko jest takie gęste, jakby powietrze wciągało mnie do środka i czasami myślę, że jeśli się mocno nachylę, to usłyszę jak oddycha. w mojej głowie mieszają się rzeczy, które do siebie nie pasują – śmierć, nowy początek, pęknięta szklanka, śmiech KOGOŚ tam gdzieś dalej. on zawsze śmieje się w dziwnych momentach, jakby wiedział coś, czego nie chcę by wiedział, jakby liczył moje kroki.

mam wrażenie, że ktoś chodzi za mną. nie w sensie fizycznym, ale w środku mnie samej. tak jakby wewnętrzny cień. mówi mi czasem rzeczy, których nie chcę słyszeć; że wszystko jest z góry przegrane, że to, co nazywam życiem, to tylko brudny filtr nałożony na prawdziwe obrazy. filtr tak stary, że wrosłam w niego jak w skórę.

w nocy coś stukało w ścianę. może to rury, może to serce, które próbuje się wyrwać. boję się, że kiedyś to się uda, a wtedy… nie wiem. może w końcu zrobi się cicho. jesu, jak ja bym chciała, żeby w końcu było cicho.

nie chcę umierać, to nie to, nigdy umrzeć nie chciałam. //?!

sobota, 4 października 2025

echo

czasami czuję, że zaraz coś powiem nie tak, że mi się wymsknie, czy coś w tym stylu, a ty spojrzysz inaczej niż zwykle, i że zadasz pytanie, na które nie będę miała odpowiedzi, albo będę miała za dużo odpowiedzi i żadna z nich nie będzie prawdziwa. często zostaję jakby w pół kroku, w jakimś dziwnym zawieszeniu, w pustce między myślą a jej wyrażeniem, a w głowie mam cały szum, całe nadmiary, a kiedy próbuję je uporządkować zostaje tylko cisza, jakby brak odpowiedzi był bardziej prawdziwy niż którakolwiek z odpowiedzi, które mogłabym wymyślić, które możnaby uznać za prawdę. czasami czuję, że zaraz zobaczysz, że jestem poskładana z rzeczy, których bardzo nie chcę pokazać: z wewnętrznego brudu, chaosu, lęku, słabości, ale tej naprawdę słabej, tej bez kontroli, bez maski, bez pozy – z tej słabości, której się wstydzę, której się brzydzę. czasami czuję, że jestem jak zbiór niedokończonych zdań, strzępów historii, wyuczonych odruchów, obronnych mechanizmów, że wystarczy jeden nieostrożny ruch i...

piątek, 3 października 2025

cień czyń coś

...i gówno z takiego zaplanowanego odreagowania, gówno z tego wychodzi. gdybym miała nad tym pełną kontrolę, to problem by po prostu nie istniał, a przecież problem tkwi dokładnie w tym, że pełnej kontroli nie mam. no więc gówno i tyle, jedno wielkie gówno. to nie może być planowane, tzn. może niby planowane być, ale problem w tym, że nie jest w pełni kontrolowane. zresztą chyba wcale nie samo to przynosi ulgę – może na jakimś poziomie tak, ale nigdy do końca. prawdziwa ulga pojawia się wtedy, gdy wszystko zostaje jedną wielką RUINĄ. to właśnie jest prawdziwy cel tego całego mechanizmu: zniszczenie, destrukcja, rozpie*dolenie wszystkiego, rozbicie na drobne kawałki, by poczuć, że coś w końcu się dzieje, albo że nie ma już czego zbierać, nie ma do czego wracać – że trzeba zacząć od nowa, od nowa wręcz narodzić się. dokładnie tak: to ma być ARMAGEDON, a po nim NOWONARODZENIE. oto nowa ja. oto czysta ja. czysta, nowa wersja mnie samej. 

to wszystko, dziękuję. nie ma w tym dramatyzmu. tzn. jest to dramat, oczywiście, ale nie z pozycji dramatu teraz piszę, ja piszę z pozycji ULGI.

wtorek, 30 września 2025

plusy były/są takie

prawie cały sierpień (choć sporo z tego to było jeszcze przed) i prawie cały wrzesień, no gdyby nie (...) ale i tak jest lepiej, mimo wszystko. tylko, że ja musiałam odreagować, w końcu tak. chodzi o to, że to jest chyba takie napięcie, że wręcz fizycznie coś się dzieje nie tak. no nie wiem, mam np. stan podgorączkowy, czuję się tak jakbym się przeziębiła, czy coś, ale wątpię by coś mnie brało, nic nie jest mi, poza tym co zawsze.

ładnie się zachował, no ładnie, naprawdę ładnie, ale ja mam chyba dość. coraz bardziej myślę, że mi to nie jest potrzebne, coraz bardziej męczy mnie to i coraz częściej odreagować "muszę", tak być przecież nie może. zresztą z czasem wszystko wraca do punktu wyjścia. nadal nie ma nic ważniejszego od (...) i nigdy nic ważniejszego nie będzie. tzn. być może kiedyś będzie, ale to na serio jest możliwe tylko wtedy, gdybym zupełnie z tym wygrała, po latach na przykład, gdybym już zupełnie nie musiała się starać, może wtedy cokolwiek innego stać by się mogło moim celem, czy źródłem jakiejkolwiek radości. teraz nie. nic takiego się nie stanie. nie przestałam "kochać" R. ale nie wiem czy może pozostać bogiem. nie jest już bogiem chyba. trochę to przykre, chociaż z drugiej strony jakoś bardziej zinternalizowałam to wszystko, tzn. wiem co jest moje, nawet jeśli coś komuś zawdzięczam, coś od kogoś przejełam, czegoś od kogoś nauczyłam się, to przecież niczego nie zmienia, to w sumie zupełnie naturalne – w ten sposób kształtuje się człowiek. nikt nie zastanawia się nad tym, nikt nie mówi: ta cecha, skłonność, zachowanie, cokolwiek, jest od "kogoś", a to jest "moje" //w sensie, że "moje od urodzenia" czy jakie?// to jest bezsens w sumie. jeśli czegoś się nauczyłam od R. to super, na pewno to lepsze niż to, czego się nauczyłam od rodziców na przykład, ale to nie znaczy, że "nie jest to moje", albo że mam za to komuś dziękować do końca życia na kolanach. chociaż jest we mnie jakaś potrzeba, mimo wszystko...

dobra, na razie tyle wystarczy.

piątek, 26 września 2025

księżyc

tak więc pozwoliłam sobie na to by się złamać, co samo w sobie nie ma żadnej chwały, tylko niewygodny dźwięk pękających myśli, które świszczą w uszach jak elektroniczny dźwięk alarmu (...) i to dziwne uczucie ulgi, gdy do ascezy dodaje się bezsilność, ta mieszanka przeciwnych seksualności, które przeplatają się we mnie, burząc wszystkie wartości, jakie do tej pory wzniosłam ku czci chyba, ku chwale.
myślę sobie: brawo, przecież i tak ponoszę pełną winę za to, co zrobiłam, co nie miało większego sensu, co kazało stoczyć się w otchłań, poddać się.
nie było już pokoju, tylko chaos ogniem się leje jak tania whisky w ładnej szklance, a ja biorę ostatni łyk, i czuję, że tym razem mogę sobie odpuścić, że nagle, w obliczu nieuchronności tego stanu, staję się bezbronna jak liść na wietrze; czyż to nie wspaniałe? nie, nie czuję tego ciężaru, przynajmniej nie w tej chwili. nie ma żadnego ciężaru. bosze...

jednak budzi się we mnie kolejne pragnienie, by spojrzeć na to wszystko bez uprzedzeń, z dystansem, co staje się wyzwaniem, które pociąga za sobą ciężar rozczarowania. z każdym dniem czuję, jak ból ewoluuje w coś więcej, jak olśniewająca perspektywa staje się metaforą dawnego ja, skrywanego gdzieś tam głęboko, z tymi wszystkimi marzeniami, pokusami, planami i lękami, które mieszają się ze sobą tak pięknie, że zapominam czasami jak bardzo nie istnieję.

********

nie wiem co mam myśleć
nie wiem co on myśli
nie wiem czego chcę
za to wiem czego nie chcę
chyba

wtorek, 23 września 2025

bardzo nie tak

nikogo nie kocham, chyba mam coś z głową. tj. jasne że mam, to nic nowego, żadne wielkie odkrycie, ale nie chodzi mi o zaburzenia w sensie tego co oczywiste, chodzi mi o to co czuję – o głębię tego co czuję, albo raczej o brak tego, co powinnam czuć. //można mówić, że coś się powinno, jeśli o uczucia chodzi?// to, co ja czuję to jest wstyd pisać. wolałabym chyba by coś się stało, tzn. że jemu, że z nim, bo chciałabym odpocząć, nie zmuszać się już, pozbyć się tej obsesyjnej konieczności bycia, nieustannej kontroli. nie potrzebuję realnego człowieka, jego ciała, jego dotyku, w ogóle fizycznej obecności, ja potrzebuję symbolu – boskiej figury, której mogłabym zaufać bez lęku, i nie człowieka chcę kochać, a boga. 

nie wiem właściwie, to zmienne. jesu, wstyd mi za to co napisałam. niczego złego jemu nie życzę, tylko że ja się boję, że stracę boga, że ojca... tak na marginesie: ostatnio jedna z tych jego "wielbicielek" uznała mnie za jego córkę i usłyszałam z tysiąc komplementów przy okazji :) a tak w ogóle, to on na serio miał córkę. tzn. to już dorosła kobieta, ale tak jakoś przypomniało mi się. nie wiem czy utrzymują jakiś kontakt w ogóle...

sobota, 20 września 2025

już w domu

taaa, te kobiety. głupie baby. nie chodzi o to, że jestem zazdrosna, zresztą nie mam o co, o kogo, po co, w ogóle nie ma powodu, tylko że są głupie. poza tym to chyba bardziej obsesja, tzn. coś anankastycznego, obsesyjnego, nie wiem, taka potrzeba kontroli. męczące to jest. w dupie mam te kobiety, na serio, jakieś stare idiotki. tylko że ja to muszę sprawdzać, kontrolować, wiedzieć. w ogóle bezsens, jesu. chyba są ze cztery. tzn. ja gdzieś ze trzy lub cztery widziałam, może być więcej, może są i takie których nie spotkałam. denerwuje mnie też w nim to, że taki jest sztucznie miły do tych starych bab. w ogóle ma takie zachowania sztucznie przesłodzone, takie jakieś... nie wiem, z czymś mi się to kojarzy, ale w tej chwili nie potrafię powiedzieć z czym. chociaż się zdarza że jest wredny, sarkastyczny taki jak kiedyś, jak dawniej. np. to gdy jechaliśmy już z powrotem i wszystkich obsmarował tak ślicznie jak chwilę wcześniej uśmiechał się. w sumie nie lubię też jak się tak uśmiecha. wielu zachowań nie lubię.

no nie, może nie, że wielu zachowań, ale trochę by się znalazło. ja bym mogła się tego uczepić, znaleźć więcej, w tą stronę iść, bo gdzieś tam mam świadomość że to ode mnie zależy wszystko. ja bym kogoś innego prawdopodobnie już dawno zdewaluowała, a tutaj nie chcę, nie mogę, chodzi przecież o mnie, nie o niego, pisałam już. może później to rozwinę bo teraz wróciliśmy i piliśmy, ale to było trochę i wcześniej. tylko że chyba mi się nie chce myśleć nad tym w tej chwili. no i jeszcze ta muzyka! normalnie można pier*olca dostać jak się czegoś takiego słucha non stop ;D nie no, ja po prostu nie słucham radia właściwie nigdy. tzn. słucham muzyki oczywiście, ale nie żeby włączyć radio i żeby tak rąbało byle co. to jest tragedia dla mnie. ja wiem że ludzie mają różny gust, ale tutaj jest na serio kiepsko u niego. nawet tak się dziwiłam, myślałam sobie, że jak to możliwe w ogóle by mądry człowiek słuchał tak beznadziejnej muzyki. wszyscy inni, ci których kochałam, słuchali lepszej muzyki, naprawdę. ja mogę czegoś nie lubić osobiście, ale jakoś obiektywnie doceniać, tutaj się nie da zupełnie. 

a! była taka jedna piosenka którą lubiłam kiedyś – że kawałek "od niego" – lata temu, gdy byłam dzieciakiem. tzn. już wtedy miałam bardzo inny gust, ale mimo wszystko coś tam mi się spodobało. mówiłam to jemu, pytałam czy pamięta tą piosenkę, bo ja tak nie do końca, pamiętam jakieś urywki, że coś było o dzieciach, może w tekście, może w teledysku, chyba był też deszcz. no ale nie doszliśmy do tego co to za piosenka //tzn. ona też była beznadziejna, żeby nie było że jakaś lepsza ;) no ale wtedy podobała mi się.

no dobra. mimo wszystko fajnie było, tylko że mi się wydaje, że jestem zmęczona. no teraz to nie wiem, bo teraz nie czuję. kocham w nim trochę nadal. nie chcę nie kochać. potrafi być wredny, chyba też pisałam, to akurat urocze, bo to jak próbuje być uroczy to akurat nie – to przerysowane, sztuczne, narcystyczne, na pokaz, i dla tych bab zresztą głupich, z których sam się później śmieje. śmieszne, że doceniam to co złe. tylko w tym przypadku, bo tak ogólnie to nie. no ale ma też plusy, ma zalety – dużo. 

jestem ważna. mówi do mnie inaczej niż do innych. inaczej patrzy. inaczej traktuje. tylko że on nic o mnie nie wie, bo teraz już chyba mało, może nie nic, ale mało. są różnice w relacjach, tych realnych i wirtualnych. on wie takie rzeczy, o jakich nie wiedzą inni – chociażby podstawowe informacje, np. adres zamieszkania, nazwisko i wiek, bo tak sobie pomyślałam, że jednak mało kto tyle o mnie wie ;D kłamałam każdemu zawsze i wszędzie. no ale gdybym miała jumu tego bloga pokazać, to bym chyba umarła ze wstydu, na serio. przecież tu tyle prawdy jest //nie wspominając już o tekstach o nim, no ale...

czwartek, 11 września 2025

tu czai się

...strach.

strach prowadzi mnie do progu, nie ma murów, które by obroniły mnie przed tą kaskadą lęku, co skręca się niczym żmija atakująca bez ostrzeżenia, z gardłem pełnym jadu pokusy. kto to jest, chcący mnie dotknąć? chcący mnie objąć? mówiący o spokoju? mówiący o bezpieczeństwie? o bliskości? miłości? tak, brakuje mi poczucia bezpieczeństwa, bliskości i miłości, tylko, że samotność smakuje mi bardziej, jak wino z chorym zapachem, i odruchowo wracam do (...) a zresztą to jakieś mizerne spektrum, które sprawia, że czuję się całkiem żywa. wystarczająco (?!) żywa. hej, no nie kłam już.

//"kocham" te same osoby od lat. nie wiem na ile to prawdziwe i co to dokładnie znaczy. można kochać kilka osób jednocześnie i każdego właściwie tak samo? tzn. są jakieś tam różnice na pewno, chociażby przez sam fakt, że to różni ludzie, ale to chyba jedyna różnica właśnie – różnica w odbiorze poszczególnych osób, poszczególnych relacji, ale w samym stosunku emocjonalnym niekoniecznie już.

rozmawiałam z (...) w sumie o trzech osobach. tęsknię za dwiema z nich, tym bardziej gdy pojawiła się trzecia. pierwsza, znaczy się – on przecież pierwszy był. śmieszne, że odkąd jest, tym bardziej tęsknię za innymi. myślałam o tym by odezwać się do kogoś, i nawet miałam taki zamiar, prawie plan. no tak, chyba plan, właściwie mam nadal. stało się coś, co wzmocniło we mnie poczucie, że mogę. zielone światełko zapaliło się gdzieś. zresztą powinnam, ja wiem. nawet nie chcąc czegokolwiek, niczego, powinnam chyba. 

za to do drugiej z tych osób nie powinnam, niestety.

zauważyłam, że ludzie nie patrzą w moje oczy, chyba boją się spojrzeć na dowód, że bez względu na wszystko, ja będę ich mordercą. mordercą jestem przecież i nie odczuwam ani wstydu, ani litości, a każde zdanie, które wygłaszam, brzmi jak krew przelana na ziemię. przerażająca prawda, że jestem śmiercią – cichą latarnią, która prowadzi do dołu pełnego ciemności. ciemność, nicość, nicość i ciemność. jakże się cieszę tym widowiskiem, tą bezwzględną grą, w którą wszyscy zostali wciągnięci, ale mało kto rozumie zasady.

może gdzieś w tym piekielnym zamęcie, w tej absurdalnej spirali, odnajduję tragiczne piękno bycia, potykając się o marzenia, które nigdy nie miały prawa zaistnieć. nie no, zaistniały... znaczy miały prawo. masz prawo do życia. może nie wiesz? wiesz?

ps. to są metafory, gdyby ktoś chciał mnie zamknąć za morderstwa ;) nigdy nikogo nie zabiję, każdy sobie sam z tym świetnie poradzi. twoje życie w twoich rękach, albo czyń wolę swą, i takie tam, wiadomo.

********

jednak wytrzymałam.