sobota, 5 września 2026

może ja

przecież to wszystko nic. przerosły mnie marzenia. kto to wymyślił? kiedy? myślałam o tym ostatnio. pamiętam siebie z dzieciństwa. chyba nigdy nie byłam inna. tzn. byłam inna, od zawsze byłam, ale nigdy inna niż w ten sposób inna :) o to mi chodziło. no może poza pierwszymi latami życia, w wieku przedszkolnym jeszcze. chociaż już wtedy miałam bardzo nietypowe, jak na ten wiek, fantazje, marzenia. chyba nietypowe, pod pewnymi względami, nie wiem. może tak miało być. może musiało. może nie było innej drogi, w tej konfiguracji akurat, albo może jest tysiące innych dróg i tysiące wersji mnie na tych drogach (coś oglądałam, takie luźne skojarzenie). jest mi tylko trochę przykro. jak zawsze tylko trochę. nie wybaczyłam sobie, jeszcze nie. chciałabym wybaczyć kiedyś. chyba wrócę do pisania. może nie zabiję fifi. nie teraz, chociaż nadal nie wiem kim...

niedziela, 2 sierpnia 2026

fifunia

długo nic nie pisałam, jakoś tak jest dziwnie. nie wiem od czego zacząć i nawet do końca nie wiem co dokładnie chcę napisać. możliwe, że zdecyduję się zamknąć wszystkie konta fifikse. chyba chciałabym zakończyć ten etap, nie wiem. powstrzymuje mnie głównie pamięć o tym, co było ponad dwa lata temu, kiedy po stosunkowo niedługim czasie bardzo żałowałam tego kroku. wróciłam. zaczęłam od nowa tworzyć to, co w jednej chwili zniszczyłam. wtedy, pamiętam, po "powrocie", opisałam to dokładnie - jak bardzo chcę być fifi, jak bardzo potrzebuję, jak bardzo muszę nią być. obiecywałam sama przed sobą, że nigdy więcej już nie ucieknę w ten sposób, że nigdy więcej tego nie zrobię. tak na marginesie: muszę znaleźć ten wpis, muszę go kilka razy przeczytać, spróbować poczuć to, co wtedy, może to mi pomoże jakoś ukierunkować się, podjąć decyzję, na razie nie jestem pewna, jeszcze nie wiem co zrobię. nie będę się spieszyć, nie muszę, to nie jest jakaś nagła myśl, nie będzie to też raczej pochopna decyzja, nie chciałabym aby była. mimo wszystko czuję, że fifi nie jest już tą którą była, tzn. że ja nie jestem już nią, albo może że nie chcę już być, nie wiem sama. chodzi też o to, że od dłuższego czasu fifikse praktycznie nic nie daje mi, tzn. nie karmi mnie w żaden sposób. może to o to chodzi GŁÓWNIE (?), a jeśli o to, to oczywiście może mieć niewiele wspólnego z samym nickiem, z poczuciem tożsamości jako takiej, a bardziej z interakcjami, które w sumie u mnie bardzo mocno na poczucie tożsamości wpływają, ale zostawmy to na razie. faktem też jest, że fifi od dłuższego czasu nie utrzymuje relacji z ludźmi, którzy jakoś "karmiliby" ją. nie ma żadnej dla niej ważnej relacji, tzn. żadnej aktywnej ważnej, z kimkolwiek kto interesowałby ją. nie ma żadnego ważnego miejsca, miejsca które byłoby dla niej znaczące, które byłoby sceną idealną. nie ma idealnej sceny i nie ma znaczącej widowni, nie ma przed kim grać, nie ma przed kim popisywać się. (...) wydaje mi się, że jest coś jeszcze, tzn. w sensie takim, że są jakieś inne przyczyny, coś o czym nie mówiłam, ale... kurwa no! boję się że będę żałować. 

nawet na blogu od dawna nie piszę, nie pisałam. czemu miałabym pisać, skoro to blog fifikse, a ja "nie jestem nią" (?) ja żyję realnie, ona wirtualnie... a że coś zjebałam? warto wspomnieć? to przykre. przykre, no tak. od dawna nie było "ostatniego dnia umierania" (...) niestety jest, trochę już było, a SZŁO MI KURWA ZAJEBIŚCIE DOBRZE. oczywiście to sukces duży, tak czy inaczej, nigdy jak dotąd większego sukcesu nie było. będzie dobrze i będą sukcesy większe, ja w to wierzę i ja to wiem. nie mogę myśleć inaczej, nie myślę i nigdy inaczej nie myślałam. ostatnie miesiące pokazują, że potrafię, że mogę. 

czego ja tak naprawdę chcę? 

kim ja być chciałam?

sobota, 23 maja 2026

Jakiś znak (też Ważne)

Wyszło dokładnie tak, jak trzy lata temu. Prawie dokładnie, z tą różnicą że gorzej. Ja nadal jestem na "nie", nadal odmawiam, nadal stawiam opór, ale jednocześnie ratuję się, jak wtedy. Wszystko wygląda dosłownie tak samo - te same myśli, te same emocje, te same zachowania, tylko strach jest większy. Jest, lub raczej był. Pewnie nadal gdzieś we mnie jest, ale w tej chwili go nie czuję, nie dopuszczam go do siebie, odcinam się. Tym razem ryzyko jest większe, poczucie sprawczości niestety mniejsze, mimo tego, wszystko inne: plany, zobowiązania, nakazy, zakazy, całe to "muszę", straciło znaczenie w jednej chwili. Cała ta chora konstrukcja po prostu runęła w konfrontacji ze strachem. Chyba w jednym ze starych wpisów użyłam dokładnie tych samych słów. To nie jest nowość, żadne zaskoczenie, żadne wielkie odkrycie, tak samo było i wtedy, i to akurat jest plus. To jest ten rodzaj wolności, na jaki inaczej nigdy bym sobie nie pozwoliła. Wolności wymuszonej, ale jednak prawdziwej. Boże.
A gdy wróciłam do domu, zaraz po (albo najpóźniej dnia następnego), wyskoczył mi na blogu jeden ze starych wpisów. Tak, jeden z tych sprzed dokładnie trzech lat. Ten sam, o tym właśnie. Właściwie co najmniej kilka ich było wtedy, tych "o tym właśnie", ale ten, o którym wspominam, pisany był z dużej litery //bardzo rzadko to na blogu tym robię, nie jestem pewna co mną wtedy kierowało i czy było to celowe czy nie// to i ten teraz, dla odzwierciedlenia, bo to lustrzane odbicie przecież. Nie wiem czy powinnam dziękować. Chyba... Dziękuję. 

wtorek, 12 maja 2026

o wszystkim właściwie

nie wiem od czego zacząć. może od tego, że dzisiaj zapomniałam, jak się otwiera okno. stałam przed oknem przez dłuższą chwilę i patrzyłam na nie i wydawało mi się, że to jakaś pułapka, czy coś takiego, że jak jej dotknę (tej pułapki), to coś się stanie. coś strasznego. odwróciłam się i usiadłam na podłodze, bo… tak sobie, nie wiem, bo tak czułam, tak chciałam, bo podłoga w tamtej chwili wydawała się najbardziej bezpieczna, ale przez chwilę i tak słyszałam w niej kroki. powietrze pachniało jak kiedyś w szpitalu, nawet nie wiem czy to przyjemne czy nie, a może to w związku z tą przychodnią. na stoliku, czy jak to tam nazwać, wiadomo o co chodzi, mam szklankę z łyżeczką, mam śmieci sprzed wielu dni, zbierane od wielu dni. chyba wyrzuciłam jakąś część kiedyś tam, przedwczoraj, albo raczej dalej, a i tak jeszcze uzbiera się sporo, uzbiera się przed (...)

z sufitu kapie sobie świaaatłooo! (to chyba z jakiejś piosenki, taki tekst, albo by mógł być piosenką, albo tak sobie śpiewam w myślach, bo z czymś mi się kojarzy, ale z jakąś piosenką i tak) takie małe jasne kropelki kąpią - i coś tam dalej. 

nie mogę się doczekać już. naprawdę tęsknię za tym stanem. chyba nie wrócę, chyba mam dość na bardzo długo. nie tego mi brakuje i nie za tym tęsknię, ani też zresztą nie za nim. o czymś innym myślę i o kimś innym myślałam ostatnio, chociaż to też nie tęsknota, co do tej osoby. nie wiem co. może tęsknota jednak, jakiś jej rodzaj, ale nie do końca za samą osobą, no ale... w sumie rozmawiałam też i o tym, takie tam, no niby oczywiste, no tak, tylko że ja raczej mam uczucia, naprawdę, chociaż nie wiem skąd to raczej, nie wiem skąd ta wątpliwość. 

a dzisiaj, tzn. wczoraj, wyłączyli prąd przed samym (...), nie tylko przez to przedlużyło się, przedłuża, chociaż i tak to już bardzo długo trwa, mimo wszystko coraz bliżej, jestem coraz bliżej. tak już mało muszę. tj. mało "muszę". o tym to. 

niedziela, 3 maja 2026

oj tam z tymi tutułami

kiedy otworzyłam oczy po tej długiej nocy, gdzie zdemolowałam wszystko to, co wydawało się prawdziwe, nie było nic innego niż chwilowa refleksja, którą zagłuszyłam po chwili, i którą zagłuszam sobie pięknie od kilku miesięcy już. tylko że to nie do końca tak - to nie jest powód tak naprawdę. nie jest to powodem od dłuższego czasu nawet. to tylko impuls, raczej chwila, później motywem są cechy anankastyczne bardziej, wszelkie schematy: nakazy, zakazy, mogę, nie mogę, muszę. pierwszy raz (w życiu!) trwa to tak długi czas. znam powody oczywiście i one są bardzo przyziemne, tzn. w tej warstwie tu i teraz, bo jasne przecież że jestem zje*em, a każde zje*anie ma głębsze przyczyny, no ale ja nie o tym w tej chwili, nie chodzi mi przecież o grzebanie w korzeniach (o jaaaa! to kiedyś były słowa R ;)) mi chodzi o to by przerwać ten cykl. no i to jak najbardziej JEST PRZYZIEMNE - to, czego potrzebuję by zakończyć go. tak więc jeszcze "chwila" bo brakuje kilku elementów tej układanki - to coś jak puzzle z napisem WOLNOŚĆ, których nie mogę ułożyć, dopóki nie dostanę konkretnych puzzli - bardzo konkretnych, określonych, bo przecież nie da się dopasować innych, trzeba mieć te konkretne... i ja ich nie mam w tej chwili. 

piątek, 6 lutego 2026

coraz mniej

L. nie żyje. 

wiedziałam, gdy tylko uslyszłam telefon. 

Z. nie dzwoni po trzeciej w nocy.

normalnie nie dzwoniłaby.

taki sens

taki cel

taki koniec

straszne

to 

jest

środa, 28 stycznia 2026

przez sen

przez strach, poddanie, albo przez zwyczajne "nie chciało mi się" (to przecież tak duży wysiłek). bosze, jak bardzo brakuje mi (...) takie ładne gwiazdki, gwiazdeczki. pamiętasz, że wtedy było mi niedobrze? że prawie zemdlałam, na serio. pamiętam to, jakby to było wczoraj. jak weszliśmy do tej łazienki, twojej - znaczy, tej, którą ty wtedy miałeś. dziwne, jak bardzo żywe są niektóre wspomnienia, podczas gdy inne rozmywają się w czasie. trochę śmieszne, że teraz mieszkam niedaleko, no, właściwie od dawna, i kiedy przechodzę tamtędy, chociaż "tamtędy" to za mało precyzyjne, nieokreślone to jest, bo określone być do końca nie może - więc kiedy jestem w tych okolicach, na tej ulicy, która wydaje mi się dokładnie tą samą, przy której wtedy (...) zatrzymuję się czasami i szukam wzrokiem tego domu, tej przybudówki, czegoś, co przypomniałoby mi: to tu! ale nic takiego nie znalazłam przez lata i pewnie nie znajdę już. przechodzę obok, mijam ten dom, jeśli w ogóle go mijam, nie wiedząc, że to właśnie on. dziwne, że pamięć potrafi być tak dziurawa, jakby niektóre fragmenty życia zostały wycięte, wymazane, a inne pozostały nienaruszone, albo dorysowane, przerysowane, podkoloryzowane - pamięć zawsze jest subiektywna, poza tym często kłamie. 

pamiętałam lustro, w tej łazience, ciemnej łazience (nie było w niej światła, lub z jakiegoś powodu nie potrafiłam, nie chciałam go włączyć) lustro, przed którym stałam chwilę przed, a może chwilę po (?) nie wiem. na pewno tam stałam patrząc sobie w oczy. stałam tam sama, ale to lustro i moje w nim odbicie było wtedy wystarczającą widownią. tym bardziej, że to była scena z jakiegoś filmu - tak mi się wtedy skojarzyło i taką też scenę odegrałam - przed sobą, przed lustrzanym odbiciem, scenę z filmu, którego nie pamiętam już. 

to była rzeczywistość, a sen był wczoraj. 

w tym śnie, wczorajszym śnie, runęło wszystko. maska spadła, rozbiła się na kawałki, i nie było o co walczyć, nie było czego zbierać już. 

to tylko sen, całe szczęście.

oczywiście, że wrócę do "siebie".