Wyszło dokładnie tak, jak trzy lata temu. Prawie dokładnie, z tą różnicą że gorzej. Ja nadal jestem na "nie", nadal odmawiam, nadal stawiam opór, ale jednocześnie ratuję się, jak wtedy. Wszystko wygląda dosłownie tak samo - te same myśli, te same emocje, te same zachowania, tylko strach jest większy. Jest, lub raczej był. Pewnie nadal gdzieś we mnie jest, ale w tej chwili go nie czuję, nie dopuszczam go do siebie, odcinam się. Tym razem ryzyko jest większe, poczucie sprawczości niestety mniejsze, mimo tego, wszystko inne: plany, zobowiązania, nakazy, zakazy, całe to "muszę", straciło znaczenie w jednej chwili. Cała ta chora konstrukcja po prostu runęła w konfrontacji ze strachem. Chyba w jednym ze starych wpisów użyłam dokładnie tych samych słów. To nie jest nowość, żadne zaskoczenie, żadne wielkie odkrycie, tak samo było i wtedy, i to akurat jest plus. To jest ten rodzaj wolności, na jaki inaczej nigdy bym sobie nie pozwoliła. Wolności wymuszonej, ale jednak prawdziwej. Boże.
A gdy wróciłam do domu, zaraz po (albo najpóźniej dnia następnego), wyskoczył mi na blogu jeden ze starych wpisów. Tak, jeden z tych sprzed dokładnie trzech lat. Ten sam, o tym właśnie. Właściwie co najmniej kilka ich było wtedy, tych "o tym właśnie", ale ten, o którym wspominam, pisany był z dużej litery //bardzo rzadko to na blogu tym robię, nie jestem pewna co mną wtedy kierowało i czy było to celowe czy nie// to i ten teraz, dla odzwierciedlenia, bo to lustrzane odbicie przecież. Nie wiem czy powinnam dziękować. Chyba... Dziękuję.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz