wtorek, 16 grudnia 2025

oczekiwania

wszystko jest w domyśle, tak jakby w nawiasie, każde moje słowo, każda myśl. nie wiem gdzie kończy się to zdanie, i czy w ogóle się kończy, może dalej jest tylko szum. zresztą chyba właśnie tam powinnam zacząć. zawsze czekam na (...) q*wa, zawsze czekam. zawsze czekałam.

poniedziałek, 15 grudnia 2025

samotnia

oczy zamknięte, ale nie ze snu, tylko z przeciążenia. jakby spojrzenie mogło jeszcze coś zmienić. nic nie zmienia. światło kładzie się cienko jak oddech osoby, która właśnie zrozumiała, że nie ma po co oddychać. chcesz wstać, ale przecież nie ma powodu by przejść do innego kąta tej samej ciszy. czas rozciąga się jak błona między dniami, przezroczysta, drżąca, ale silna, odporna, nigdy nie pęka, nigdy nie znika. samotność chodzi własnymi drogami, trochę jak kot – niby swoja, niby obca, czasem przemyka pod nogami, zaczepia puszystym ogonem. obok zapach zimnej kawy, nieumyte okno, kurz na parapecie. czy to, że wiesz, że żyjesz sam, znaczy, że jesteś sam? czy może samotność potrafi pełzać za tobą krok w krok, kleić się do skóry nawet wtedy, gdy ktoś śpiewa w łazience dwa metry dalej?

niedziela, 14 grudnia 2025

w.końcu

to tak jak np. siedzenie gdzieś w poczekalni. nie wiem skąd to skojarzenie, ale niech będzie takie. krzesła są plastikowe, zimne, i ciągle poprawiam włosy, bo ktoś może wejść. albo nikt. chyba nikt. chyba nie obchodzi mnie to. nie obchodzą mnie obcy ludzie. nie poprawiam więc niczego, w dupie mam to czy ktoś przyjdzie czy nie, ale przecież nie mogę tak siedzieć nie myśląc o niczym, nie mając planu, celu, czegokolwiek, nie wiem... ktokolwiek by nie wszedł usiadłby obok mnie. 

...a może ta poczekalnia to wcale nie jest poczekalnia, tylko wnętrze mojej głowy, a te krzesła są zrobione z czegoś miękkiego, więc to nie krzesła, to raczej fotele, a to, co miękkie kiedyś było twarde, ale teraz się poddaje pod ciężarem, naciskiem czegoś (z zewnątrz? wewnątrz?), kogoś. raczej kogoś. zastanawiam się, czy jeśli on wstanie, to zostanie odcisk, taki jak w materacu po kimś, kto nigdy tam nie siedział.

światło mruga. nie, nie światło, to powieki mrugają, ale w jakimś obcym rytmie, jakoś obco, trudno to opisać. czuję zapach – słodki, mdlący, trochę sztuczny, ale ładny, może to ep, chyba. 

może on też jest żywy, albo też jest martwy, może jest taki jak ja... nie, to niezbyt prawdopodobne akurat. obserwuje mnie i tyle. lubi. aż tyle. 

piątek, 28 listopada 2025

wyjścia

//nie zapomnij, nie zapomnij, nie zapomnij!!!

nawet ta rozmowa kilkugodzinna w jakimś sensie pomogła mi.

tylko, że on z tego nic nie będzie miał, ciekawe czy o tym wie? tak tylko myślę, zastanawiam się. powinien wiedzieć, jest mądry. może chodzi o poczucie dumy? może to jakiś rodzaj dowartościowania? w sumie nie wiem (raczej wątpię). poza tym, czy on w ogóle wie, że coś dla mnie robi, bo może to nic wielkiego – tzn. może w jego oczach to nic wielkiego (?) ale nie w sensie takim, o jakim rozmawiałyśmy ostatnio z A. tylko że może nie wie, że w ogóle pomaga mi? może to nie dla mnie, może to dla niego? właściwie to tak powinno być... chodzi mi o to, że jeśli ludzie wchodzą w relacje i utrzymują je z własnej woli, oznacza to, że każda taka relacja (o którą z własnej woli dbamy), coś nam subiektywnie "daje", zaspokaja jakieś nasze potrzeby, inaczej nie byłoby motywacji do utrzymywania jej. już chyba o tym kiedyś pisałam. nie może więc być tak, że on "nic z tego nie ma", coś tam musi jednak mieć. a zresztą... to bez większego znaczenia w tej chwili, najważniejsze jest to, co pomaga mi.

czwartek, 27 listopada 2025

ozdóbki

do zobaczenia za jakiś czas. o qrwa, czy to już?! zniknęły marzenia jak dym w dłoniach, jak papieros dogasający pomiędzy palcami //prawie nie pamiętam czego to jest smak// pozostaje już tylko kołysanie myśli, które galopują, krzyczą i płaczą jednocześnie. ten raj, tak, mój raj, który być może jest tylko mirażem, lustrzanym odbiciem moich pragnień, kpi sobie ze mnie – śmieje się cichutkim, lepkim śmiechem, jakby wiedział, że i tak wrócę. dziękuję, ależ oczywiście że dziękuję, ależ oczywiście że spróbuję jeszcze raz. za każdym miejscem, za każdym rogiem tylko więcej niepokoju, pulsujące światło i... cisza. śmieszne, bo w tym "labiryncie", w nieustannej walce bez celu – jestem, cały czas jestem, choć nie wiem po co, nie wiem kim.

wtorek, 25 listopada 2025

niezbyt

to trochę zabawne, może nawet bardziej niż tragiczne: nie jestem czarnowidzem, nie odsłaniam złowrogiej przyszłości, w całym tym bałaganie psychicznego placu zabaw zastanawiam się nad powodem, dla którego tak łatwo odpuszczam to, co powinno dawać mi skrzydła.

poniedziałek, 24 listopada 2025

ku*** prawie grudzień

...ale z drugiej strony, patrzcie, BARDZO DUŻO ZROBIŁAM, z wzorami na dywanie osiągnięć podziękowania dla magii za te wszystkie "sprawdzenia", ze spojrzeniem w górę, gdzie coś większego czuwa (mam nadzieję). jest we mnie sporo wdzięczności dla siebie, ale więcej mimo wszystko dla tego, co (...). to chyba sentyment na sznurze wiatru. sznureczku. DZIĘKUJĘ, chociaż przeszłość też jest jakimś dramatem w moim umyśle, bez końca dobrze i źle zamawiająca napotkane rzeczy. dosłownie – zamawiająca.