środa, 13 sierpnia 2025

martwe gwiazdy

żyjemy by udawać że żyjemy, by oszukiwać się każdego dnia. 

sens to kłamstwo, którym karmimy się, by nie umrzeć za życia. 

życie to absurd przecież, bunt przeciwko nicości, która niezależnie od naszych starań połknie nas i tak. 

samotność to wybór po części, a po części klątwa. 

ja nie wybieram, ja idę, bo stanąć to umrzeć jeszcze przed śmiercią. 

przed, zawsze przed, nigdy tam, nigdy w pełni, tylko w połowie, w szczelinach, gdzie nikt nie zagląda.

czuję ją, tak, czuję pustkę, która wlewa się we mnie jak atrament, jak tusz który plami mi duszę. być może samotność to jedyna prawda, reszta to dekoracje, tanie maski na balu, gdzie nikt nie tańczy. choć to taniec właśnie jest jedynym sensem, celem samym w sobie. czyż to nie piękny absurd? tak, ten absurd zwany życiem – czyż nie jest przerażająco piękny? 

czasami. bywa. bo bywa czasami.

...i tak w tej fascynującej grotesce bardzo łatwo zapominam, że nawet pod najciemniejszym niebem rozkwitają najpiękniejsze gwiazdy, a każdy krok w nieznane czyni mnie bardziej ludzką w obliczu absurdalności tego zamieszania. 

******

kolejny już raz: przeszłość odzywa się, ludzie wracają. 

qrwa, tęsknię za tą patologią. chociaż może nie tą konkretną, może za jakąkolwiek po prostu, tyle tylko, że ta akurat jest mi najbliższa, najbardziej znana (?).

bosze, tyle czasu minęło, a ja patrzę jak na dom.

środa, 6 sierpnia 2025

cisza i pamięć

nie chodziło o zwiedzanie, nie chodziło o pejzaże przecież. to miało być coś innego – coś w rodzaju eksperymentu na własnej świadomości. weszłam w to trochę z ciekawości, trochę z nudów, trochę z potrzeby powrotu do... korzeni? może bardziej z głodu, ale nie takiego, który da się zaspokoić chlebem, tylko tego drugiego – tego, który łapie za krtań, kiedy zbyt długo nie wydarza się nic, co by naprawdę dotknęło.

nie było biletów ani planu, nie było "po co" i "na ile". tylko to jedno słowo w głowie: żyj! tak po prostu.

szłam więc, czasem w milczeniu, czasem zbyt głośno. i zdarzało mi się patrzeć na ludzi jak przez cienką szybę, za którą nikt mnie nie słyszy, a ja ich wszystkich tak. słyszę was czasem za bardzo.

wtedy miejsca nie miały nazw. szło się tam gdzie wczoraj, tam gdzie się było ostatnio. noc była jak przeciągające się mrugnięcie, kiedy trochę widzisz, a trochę już nie, ale to bez znaczenia, bo nie dążysz do tego, by zobaczyć, a czuć. na początku jest przyjemnie, jak zanurzenie w ciepłej wodzie: wszystko mięknie, znika kontur, wszystko gładkie się staje.

a później, nagle – brak orientacji; choć może nie nagle, to wszystko zmieszane jest od początku, pozbawione jasnych granic. 

może nie ma "ja", są tylko wspomnienia, które nauczyły się poruszać jak ciało. że to one jedzą, rozmawiają, śmieją się nie na serio. że jestem tylko światłem w przezroczystym naczyniu, które zapomniało, że jest puste.

nie chcę się przywiązywać, więc zostawiam ślady. niedopowiedziane zdania, zapachy, gesty, które nie znaczą nic, a jednak coś znaczą (...) czasami coś się we mnie otwiera, jak okno, którego nikt nie zamknął, bo zapomniał, że będzie burza, i wtedy wchodzą te wszystkie obrazy – ciche, nieproszone – jak drżąca dłoń babci, spojrzenie kogoś, kto już nie patrzy, zapach "pokoiku" za łazienką, albo starej pralni w kamienicy Krzysia, w której słuchaliśmy muzyki (...) tak, wiem, to chyba już było, już o tym gdzieś pisałam. i wszystko znowu jest takie gęste, że nie da się oddychać inaczej niż przez sen.

czasami nie wiem, czy bardziej boli mnie to, co było, czy to, że już nigdy tego nie będzie, albo że nigdy nie będzie inaczej... ale uczę się nie dotykać tych miejsc – zostawiać ślady bez wracania. tak jak niektóre drzwi lepiej znać tylko od strony klamki, nigdy od środka. 

i znowu kłamię, jak zawsze, jak wszędzie – od każdej strony poznałam te "drzwi".

wtorek, 5 sierpnia 2025

oddech pustych wspomnień

gdzieś tam, za powiekami, jakieś chłodne naleganie, coś jak szepty kłamstwa, że muszę więcej, czuć więcej, być więcej... a jednak jestem, nadal jestem i oddycham. hałasem myśli oddycham, oddycham marzeń ruiną, ale idę dalej, gdzieś dalej, chociaż boję się, że puste półki pamięci pękną i zaleją mnie, zatrują mnie nicością. zdrajczynią jestem przecież, oszustką i grzesznicą, a mimo wszystko tą, która wciąż żyje, wciąż oddycha. 

czasami mam wrażenie, że może jakoś go chroniłam (?) może coś poczuł, nie wiem, może domyślił się. przecież tak bardzo chcę, żeby ktoś to zobaczył, a jednocześnie nie chcę, żeby ktokolwiek widział (...) i tak docieram do momentu, kiedy wszystko znowu się wycisza, a ja zostaję sama z myślami, które są jak stare wyblakłe zdjęcia rodzinne, pełne dziecięcych uśmiechów i łez, rozsypujące się pod dotykiem czasu.

właściwie wszystko mogło się wydarzyć tylko po to, żebym dziś miała o czym nie pisać. tylko że każde nienapisane słowo i każdy niespełniony sen, po czasie krzyczą we mnie, tak jakby chciały przypomnieć, że istnieje coś więcej. może to nie do końca ból, a nawet jeśli, to przecież NIE TYLKO on, ale i nadzieja, bo ona, mimo wszystko, zawsze krzyczy we mnie głośniej, krzyczy bardziej.

sobota, 2 sierpnia 2025

do f.

dla tej, która udaje, że nie pamięta, że z czasem zapomniała, o co jej chodziło.

(...) rozpisują, oznaczają, przypinają gdzieś na ścianach, na lodówkach – post-it, mapa, lista, afirmacja, jak kiedyś te moje karteczki w krateczki, zastąpione z czasem czymś mniej fizycznym, bardziej wirtualnym, jak wszystko inne – pamiętniki, zeszyty – fizyczne wyznaczniki wirtualnymi się stały. // myśl pozytywnie, planuj, działaj. rób coś, cokolwiek, żeby nie zwariować.

właściwie wystarczy tylko, że nie uciekniesz. nie musisz przecież robić czegokolwiek, znaczenie ma to, czego nie zrobisz.

kolejny raz: przeszłość odzywa się, ludzie wracają. //realnie, wirtualnie, na każdym kroku. to dość nietypowe chyba, dziwne to jest.

bosze, jak mi brakuje tej specyficznej głupoty, i chyba głównie dla niej to wszystko, każdy wysiłek dla niej // lub dla WOLNOŚCI w TEJ właśnie GŁUPOCIE – tak jakby jedno było synonimem drugiego.

mój cel rozlał się na wszystko inne, i nie ma już granic, niczego poza nim.

wtorek, 29 lipca 2025

za.słony

...i znowu stoję na skraju, tam gdzie ulica zapada się w błoto. nie to błoto, co wczoraj, nie to, co w snach, ale takie, które lepi się do palców, do myśli, do obrazu tego czym chciałam być, a nie byłam. byłam. albo jestem, lub (...) błoto puchnie jak żywe, jak oddech starego domu, jak klatka i schody, które pamiętają kroki moje zanim je zrobiłam. dom, który szepcze: choć i popatrz, Martuś, wróć! a ja stoję tu gdzie stoję, bo gdzie indziej (?) gdzie mam, qrwa, stać?! więc idę, nie idę, droga jest, ale jakby nie moja, jakby wybrana przez kogoś, kto znał mnie lepiej niż ja samą siebie znam. cegiełki, kamyczki, wszystko się rozpada, a ja układam, i na nowo układam, jakbym mogła poskładać siebie z tych kawałków, jak z potłuczonego lustra, co odbija nie mnie, tylko cień, który mówi: jesteś, jesteś, JESTEŚ! i po co to wszystko, jak ten krzyż, co go dźwigam – tak, ten wybrany, ten ukochany, ale czy mój? czy naprawdę mój? no qrwa, mój! – tak myślę, tak też mówię. tak bardzo mój, jakby ktoś mi go wcisnął w ręce, zanim zapytał czy chcę.

…a w oknie, tam, na końcu ulicy, gdzie czas się zwija i wraca do początku – jakiegoś praPOCZĄTKU, początku nieokreślonego, stoi ON. nie Bóg, nie Szatan, nie JEGO twarz, którą kiedyś bałam się zobaczyć, tylko coś, co patrzy i wie. wie, że kłamię, że udaję, i że piszę.

…i ten zapach, coś jak cola, jak kurz, papierosowy dym. zapach, który unosi się z podłogi pamiętającej każdy mój upadek, i z lustra pamiętającego każdy mój krzyk. te same ściany, okienne szyby, choć one może już inne, lecz kształt okien ten sam. kurz chyba tańczy, wraz z tym zapachem, może coli, może kawy, papierosowego dymu.

dialog, jakiś dialog. z kim? ze sobą? z NIM? z tym, co patrzy z okna? może z lustra? chyba mówi: zaufaj mi, proszę. – (nie) potrafię – odpowiadam. – no chodź, to tylko droga, to tylko być. i śmieje się, qrwa, śmieje, albo ja się śmieję, bo może ja, może on, a może śmiejemy się razem, bo to takie proste, takie głupie, takie prawdziwe. nie wiem, nie wiem, nadal nie wiem, ale idę, bo droga jest, bo musi być, bo inaczej to wszystko, ten kurz, ten krzyż, te kawałki lustra – to wszystko na nic.

może to koniec

albo nie ma końca

jest tylko błoto i kurz

********

(przeszłość odzywa się, ludzie wracają)

wtorek, 22 lipca 2025

i po co

jak często zaczynam od nic. nic się nie zaczęło. nic się nie zmieniło. próby były. próby są. próby będą. wiadomo. wiadomo. ależ wiadomo. to tylko tak, żeby nie zwariować – kompletnie. "zwariować kompletnie" co to w ogóle znaczy (?) głupi tekst.

udawanie

że coś się jeszcze...

no

bo przecież trzeba

mieć jakiś cel

czuć jakiś sens 

i coś tam i jeszcze coś

jakieś dziwne uczucie kilka razy pojawiło się ostatnio, się stało, że w dziwnym stanie dziwne uczucie, coś na granicy przeczucia, jasnowidzenia nawet. nie do opisania słowami, jak to zazwyczaj bywa w przypadku tego co opisywać warto.

lub nie.

...i może jest coś więcej, o Boże.

później mijają godziny, i jeszcze godziny, i godziny kolejne, i człowiek nadal żyje, nadal z tym samym lękiem, tymi samymi błędami, od lat dźwiganymi niczym krzyż jakiś, nie jakiś właściwie, a swój osobisty, indywidualny, niepowtarzalny, wybrany, ukochany...

nie przez przypadek, albo przypadek właśnie, przez ten system biologiczny, co działa sam, tak po prostu, niezależnie od woli i (tylko że z tym też się nie zgadzam do końca, jak ze wszystkim innym, i ze wszystkim się zgadzam po części).

świadomość to błąd konstrukcyjny być może, albo nie że błąd, a przypadek.

********

tęsknię za (...) choć pewnie trochę inaczej niż inni tęsknią (za kimkolwiek i czymkolwiek). zawsze miałam wrażenie, że nie rozumiem tego słowa, albo nawet nie że nie rozumiem w sensie czysto pojęciowym, intelektualnym, ale że – no właśnie – nie czuję tego w ten sposób, w jaki rozumiem że inni czują. ja nie odczuwam tęsknoty, odczuwam tylko brak

********

nie wiem gdzie miałam dojść, nie wiem po co

i kto to wymyślił, albo... no nie, to ja wymyśliłam, ja dążyłam, i chyba nawet wiem gdzie, może też wiedziałam po co, bo kiedyś chyba wiedziałam, a później z czasem zapomniałam i z przyzwyczajenia, z wyuczonych, głęboko zakorzenionych schematów, dążyłam dalej do (...) i uznałam może, że gdzieś się dochodzi, że istnieją takie "dojścia" :) zwycięskie, dające szczęście niewyobrażalne, z samego takiego "że jestem tu" (nie kwestionuję że można, choć to sarkastyczne trochę, ja wiem, ale szanuję akurat wyjątkowo pewnych ludzi, lub pewne postawy, bo nie samych ludzi, a ludzkie postawy, tylko że nie rozwinę w tej chwili i nie znajdę odpowiednich słów, zresztą nie o tym chciałam). 

nikt nie mówi że nie można

ani że można po prostu nie