nie chodziło o zwiedzanie, nie chodziło o pejzaże przecież. to miało być coś innego – coś w rodzaju eksperymentu na własnej świadomości. weszłam w to trochę z ciekawości, trochę z nudów, trochę z potrzeby powrotu do... korzeni? może bardziej z głodu, ale nie takiego, który da się zaspokoić chlebem, tylko tego drugiego – tego, który łapie za krtań, kiedy zbyt długo nie wydarza się nic, co by naprawdę dotknęło.
nie było biletów ani planu, nie było "po co" i "na ile". tylko to jedno słowo w głowie: żyj! tak po prostu.
szłam więc, czasem w milczeniu, czasem zbyt głośno. i zdarzało mi się patrzeć na ludzi jak przez cienką szybę, za którą nikt mnie nie słyszy, a ja ich wszystkich tak. słyszę was czasem za bardzo.
wtedy miejsca nie miały nazw. szło się tam gdzie wczoraj, tam gdzie się było ostatnio. noc była jak przeciągające się mrugnięcie, kiedy trochę widzisz, a trochę już nie, ale to bez znaczenia, bo nie dążysz do tego, by zobaczyć, a czuć. na początku jest przyjemnie, jak zanurzenie w ciepłej wodzie: wszystko mięknie, znika kontur, wszystko gładkie się staje.
a później, nagle – brak orientacji; choć może nie nagle, to wszystko zmieszane jest od początku, pozbawione jasnych granic.
może nie ma "ja", są tylko wspomnienia, które nauczyły się poruszać jak ciało. że to one jedzą, rozmawiają, śmieją się nie na serio. że jestem tylko światłem w przezroczystym naczyniu, które zapomniało, że jest puste.
nie chcę się przywiązywać, więc zostawiam ślady. niedopowiedziane zdania, zapachy, gesty, które nie znaczą nic, a jednak coś znaczą (...) czasami coś się we mnie otwiera, jak okno, którego nikt nie zamknął, bo zapomniał, że będzie burza, i wtedy wchodzą te wszystkie obrazy – ciche, nieproszone – jak drżąca dłoń babci, spojrzenie kogoś, kto już nie patrzy, zapach "pokoiku" za łazienką, albo starej pralni w kamienicy Krzysia, w której słuchaliśmy muzyki (...) tak, wiem, to chyba już było, już o tym gdzieś pisałam. i wszystko znowu jest takie gęste, że nie da się oddychać inaczej niż przez sen.
czasami nie wiem, czy bardziej boli mnie to, co było, czy to, że już nigdy tego nie będzie, albo że nigdy nie będzie inaczej... ale uczę się nie dotykać tych miejsc – zostawiać ślady bez wracania. tak jak niektóre drzwi lepiej znać tylko od strony klamki, nigdy od środka.
i znowu kłamię, jak zawsze, jak wszędzie – od każdej strony poznałam te "drzwi".
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz