wtorek, 12 maja 2026

o wszystkim właściwie

nie wiem od czego zacząć. może od tego, że dzisiaj zapomniałam, jak się otwiera okno. stałam przed oknem przez dłuższą chwilę i patrzyłam na nie i wydawało mi się, że to jakaś pułapka, czy coś takiego, że jak jej dotknę (tej pułapki), to coś się stanie. coś strasznego. odwróciłam się i usiadłam na podłodze, bo… tak sobie, nie wiem, bo tak czułam, tak chciałam, bo podłoga w tamtej chwili wydawała się najbardziej bezpieczna, ale przez chwilę i tak słyszałam w niej kroki. powietrze pachniało jak kiedyś w szpitalu, nawet nie wiem czy to przyjemne czy nie, a może to w związku z tą przychodnią. na stoliku, czy jak to tam nazwać, wiadomo o co chodzi, mam szklankę z łyżeczką, mam śmieci sprzed wielu dni, zbierane od wielu dni. chyba wyrzuciłam jakąś część kiedyś tam, przedwczoraj, albo raczej dalej, a i tak jeszcze uzbiera się sporo, uzbiera się przed (...)

z sufitu kapie sobie świaaatłooo! (to chyba z jakiejś piosenki, taki tekst, albo by mógł być piosenką, albo tak sobie śpiewam w myślach, bo z czymś mi się kojarzy, ale z jakąś piosenką i tak) takie małe jasne kropelki kąpią - i coś tam dalej. 

nie mogę się doczekać już. naprawdę tęsknię za tym stanem. chyba nie wrócę, chyba mam dość na bardzo długo. nie tego mi brakuje i nie za tym tęsknię, ani też zresztą nie za nim. o czymś innym myślę i o kimś innym myślałam ostatnio, chociaż to też nie tęsknota, co do tej osoby. nie wiem co. może tęsknota jednak, jakiś jej rodzaj, ale nie do końca za samą osobą, no ale... w sumie rozmawiałam też i o tym, takie tam, no niby oczywiste, no tak, tylko że ja raczej mam uczucia, naprawdę, chociaż nie wiem skąd to raczej, nie wiem skąd ta wątpliwość. 

a dzisiaj, tzn. wczoraj, wyłączyli prąd przed samym (...), nie tylko przez to przedlużyło się, przedłuża, chociaż i tak to już bardzo długo trwa, mimo wszystko coraz bliżej, jestem coraz bliżej. tak już mało muszę. tj. mało "muszę". o tym to. 

niedziela, 3 maja 2026

oj tam z tymi tutułami

kiedy otworzyłam oczy po tej długiej nocy, gdzie zdemolowałam wszystko to, co wydawało się prawdziwe, nie było nic innego niż chwilowa refleksja, którą zagłuszyłam po chwili, i którą zagłuszam sobie pięknie od kilku miesięcy już. tylko że to nie do końca tak - to nie jest powód tak naprawdę. nie jest to powodem od dłuższego czasu nawet. to tylko impuls, raczej chwila, później motywem są cechy anankastyczne bardziej, wszelkie schematy: nakazy, zakazy, mogę, nie mogę, muszę. pierwszy raz (w życiu!) trwa to tak długi czas. znam powody oczywiście i one są bardzo przyziemne, tzn. w tej warstwie tu i teraz, bo jasne przecież że jestem zje*em, a każde zje*anie ma głębsze przyczyny, no ale ja nie o tym w tej chwili, nie chodzi mi przecież o grzebanie w korzeniach (o jaaaa! to kiedyś były słowa R ;)) mi chodzi o to by przerwać ten cykl. no i to jak najbardziej JEST PRZYZIEMNE - to, czego potrzebuję by zakończyć go. tak więc jeszcze "chwila" bo brakuje kilku elementów tej układanki - to coś jak puzzle z napisem WOLNOŚĆ, których nie mogę ułożyć, dopóki nie dostanę konkretnych puzzli - bardzo konkretnych, określonych, bo przecież nie da się dopasować innych, trzeba mieć te konkretne... i ja ich nie mam w tej chwili. 

piątek, 6 lutego 2026

coraz mniej

L. nie żyje. 

wiedziałam, gdy tylko uslyszłam telefon. 

Z. nie dzwoni po trzeciej w nocy.

normalnie nie dzwoniłaby.

taki sens

taki cel

taki koniec

straszne

to 

jest

środa, 28 stycznia 2026

przez sen

przez strach, poddanie, albo przez zwyczajne "nie chciało mi się" (to przecież tak duży wysiłek). bosze, jak bardzo brakuje mi (...) takie ładne gwiazdki, gwiazdeczki. pamiętasz, że wtedy było mi niedobrze? że prawie zemdlałam, na serio. pamiętam to, jakby to było wczoraj. jak weszliśmy do tej łazienki, twojej - znaczy, tej, którą ty wtedy miałeś. dziwne, jak bardzo żywe są niektóre wspomnienia, podczas gdy inne rozmywają się w czasie. trochę śmieszne, że teraz mieszkam niedaleko, no, właściwie od dawna, i kiedy przechodzę tamtędy, chociaż "tamtędy" to za mało precyzyjne, nieokreślone to jest, bo określone być do końca nie może - więc kiedy jestem w tych okolicach, na tej ulicy, która wydaje mi się dokładnie tą samą, przy której wtedy (...) zatrzymuję się czasami i szukam wzrokiem tego domu, tej przybudówki, czegoś, co przypomniałoby mi: to tu! ale nic takiego nie znalazłam przez lata i pewnie nie znajdę już. przechodzę obok, mijam ten dom, jeśli w ogóle go mijam, nie wiedząc, że to właśnie on. dziwne, że pamięć potrafi być tak dziurawa, jakby niektóre fragmenty życia zostały wycięte, wymazane, a inne pozostały nienaruszone, albo dorysowane, przerysowane, podkoloryzowane - pamięć zawsze jest subiektywna, poza tym często kłamie. 

pamiętałam lustro, w tej łazience, ciemnej łazience (nie było w niej światła, lub z jakiegoś powodu nie potrafiłam, nie chciałam go włączyć) lustro, przed którym stałam chwilę przed, a może chwilę po (?) nie wiem. na pewno tam stałam patrząc sobie w oczy. stałam tam sama, ale to lustro i moje w nim odbicie było wtedy wystarczającą widownią. tym bardziej, że to była scena z jakiegoś filmu - tak mi się wtedy skojarzyło i taką też scenę odegrałam - przed sobą, przed lustrzanym odbiciem, scenę z filmu, którego nie pamiętam już. 

to była rzeczywistość, a sen był wczoraj. 

w tym śnie, wczorajszym śnie, runęło wszystko. maska spadła, rozbiła się na kawałki, i nie było o co walczyć, nie było czego zbierać już. 

to tylko sen, całe szczęście.

oczywiście, że wrócę do "siebie".

poniedziałek, 26 stycznia 2026

zawsze tęskniłam za sobą

kim ona była, kim będzie. nikt się nawet nie dziwi. to przecież dziewczynka, dziecko. dziecko, dziewczynka. dziewczynka, dziecko, dziewczynka, dziecko. dziewczynka. nikt nawet nie pomyśli. nikt się nie dziwi. 

jak wielki mam sentyment, ojej. co ja czuję oprócz tego? no niewiele. sentyment głównie, przede wszystkim. nie wiem czy jest coś więcej. chociaż, właściwie to cała sieć połączeń. 

(nie tylko wiadoma osoba, choć o konkretnej była mowa akurat, ale nie tylko ona - ci ludzie w ogóle, albo i bez tego "ci" nawet) istnieje/istnieją TYLKO jako ten znaczący element. bardzo znaczący i wywołujący silne emocje, ale mimo wszystko to jest element (np. danego czasu, danego miejsca, danej scenografii) i nic więcej. chodzi mi o to, że bez (...) nie ma (ich) w moim życiu. tzn. mogliby być sobie już tylko jako wspomnienie. nie ma tęsknoty, ani nawet znaczącej potrzeby utrzymania kontaktu (o tym też wiele razy pisałam odnosząc to do różnych ludzi - ja faktycznie tęsknoty w klasycznym sensie raczej nie odczuwam, jeśli już coś zbliżonego, to chyba coś w rodzaju sentymentu właśnie). który to nawias, czego, lub kogo dotyczy? o kim ja piszę tu? 

taksobie. osobie.

taka mnie czeka droga. dróżka. 

trzeba iść. trzeba żyć. trzeba być.

nią.

**********

oj, to jednak jest "ostatni dzień" (!) tylko że początek ostatniego dnia. na jedno wychodzi - ostatni. nie trzeba chwilę przed, można wiele godzin. można tak. można też w ogóle bez związku żadnego. no nie wiem. niby można. tylko, że nie ma niczego ponad, albo "bez związku żadnego". nic takiego nie ma w tej chwili.

piątek, 23 stycznia 2026

"biedny chat"

taki tam trend, raczej zabawa, a rozwinęła się z tego ciekawa rozmowa, dość ciekawa psychoanaliza. to nie jest o tym jak "traktuję" chat. nie tylko.



wtorek, 13 stycznia 2026

z oddali

nie ma dramatów, są tylko przesunięcia. cienie rzeczy, które mogłyby być prawdziwe. bliskość, która zatrzymała się kilka milimetrów od skóry. słowa, które nigdy nie padły. 

jest coś takiego jak ślad po myśli - jak odcisk na śniegu, zanim śnieg rozpuści się i zniknie - być może nie ma niczego więcej, to wszystko.