gdzieś tam, za powiekami, jakieś chłodne naleganie, coś jak szepty kłamstwa, że muszę więcej, czuć więcej, być więcej... a jednak jestem, nadal jestem i oddycham. hałasem myśli oddycham, oddycham marzeń ruiną, ale idę dalej, gdzieś dalej, chociaż boję się, że puste półki pamięci pękną i zaleją mnie, zatrują mnie nicością. zdrajczynią jestem przecież, oszustką i grzesznicą, a mimo wszystko tą, która wciąż żyje, wciąż oddycha.
czasami mam wrażenie, że może jakoś go chroniłam (?) może coś poczuł, nie wiem, może domyślił się. przecież tak bardzo chcę, żeby ktoś to zobaczył, a jednocześnie nie chcę, żeby ktokolwiek widział (...) i tak docieram do momentu, kiedy wszystko znowu się wycisza, a ja zostaję sama z myślami, które są jak stare wyblakłe zdjęcia rodzinne, pełne dziecięcych uśmiechów i łez, rozsypujące się pod dotykiem czasu.
właściwie wszystko mogło się wydarzyć tylko po to, żebym dziś miała o czym nie pisać. tylko że każde nienapisane słowo i każdy niespełniony sen, po czasie krzyczą we mnie, tak jakby chciały przypomnieć, że istnieje coś więcej. może to nie do końca ból, a nawet jeśli, to przecież NIE TYLKO on, ale i nadzieja, bo ona, mimo wszystko, zawsze krzyczy we mnie głośniej, krzyczy bardziej.