sobota, 30 sierpnia 2025

blisko dość

dla mnie to strasznie duży problem, i jeszcze ta obawa, że go stracę, tj. nie, że stracę jego jako realnego człowieka, ale że stracę go jako boga. tutaj nie chodzi o niego w ogóle, bo co z tego że ja bym mogła stracić tą relację jeśli bym się w jakimś sensie rozczarowała? no nic. nic by się nie stało wielkiego. nie mieliśmy kontaktu przez lata, to i nadal byśmy mogli go nie mieć, trudno. tutaj chodzi o coś głębszego – ja się boję, że stracę część siebie. ten człowiek mnie nauczył tak wiele... Boże, od nikogo nigdy nie nauczyłam się więcej, tzn. w takim pozytywnym sensie (dyskusyjne to właściwie, ale pozostańmy przy tym na razie), bo jasne że miałam też inne wzorce, rodzinne chociażby, to oczywiste, ale chodzi o to, że one były złe. On stanął w roli mojego ojca, tzn. ja go sobie na ojca wybrałam, zakodowałam sobie w głowie jako figurę świętą, godną podziwu, jako ideał człowieka, wzór do naśladowania. no i co z tym teraz? bosze, co teraz...

jest jeszcze jeden problem, albo ten sam właśnie, bo to się wszystko miesza, wszystko powiązane jest. nie wiem za bardzo jak to opisać. chyba chodzi o to, że jestem dorosła. no więc jestem dorosła i włączają mi się schizy, jakieś myśli głupie, że po co. tzn. chodzi mi o to, że po co dorosły mężczyzna ma się spotykać z dorosłą kobietą jeśli nie po to by rozwijać relację pod względem romantycznym. tutaj jest też jakiś konflikt u mnie, bo z jednej strony ja bym jakoś może i chciała (?) tzn. jakaś część mnie by chciała na pewno, zresztą zawsze w nim widziałam też mężczyznę (nie tylko boga ojca, poza tym to też akurat się u mnie miesza w jakiś specyficzny sposób i jest to powiązane), ale nie wiem właściwie czy to się da tak. zresztą ja nie jestem gotowa na związek, to oczywiste. nie wiem czy chcę boga, czy chcę ojca czy kochanka //może złe słowo, bo że samego kochanka to akurat nie bardzo, nie chcę "kochanka" ale mogę chcieć bliskości, w tym fizycznej, może też. albo może chciałabym fizycznej bliskości razem z tym wszystkim innym (jakim wszystkim i co to dla mnie znaczy w ogóle to też do przemyślenia w sumie, do doprecyzowania) nie wiem w jaki sposób by to miało wyglądać, serio.

jak rozmawialiśmy ostatnio, to wyłapałam moje słowa, tzn. On mówił moimi słowami, używał "moich" zwrotów, często powtarzanych słów... i przypomniałam sobie, że one przecież są jego (!) że moje słowa są jego słowami, że moje myśli w dużym stopniu też, że wartości moje, że mój światopogląd – że ja to wszystko zawdzięczam jemu. ten człowiek mnie w pewnym stopniu ukształtował przecież. jesu no!

(może z czasem coś więcej, jest tego dużo więcej, więcej emocji, więcej słów, więcej się stało, więcej wszystkiego, na razie mam ochotę spie*#olić, odreagować jakoś i *uj, nie potrafię w tej chwili pisać, no niezbyt tak). 

środa, 13 sierpnia 2025

martwe gwiazdy

żyjemy by udawać że żyjemy, by oszukiwać się każdego dnia. 

sens to kłamstwo, którym karmimy się, by nie umrzeć za życia. 

życie to absurd przecież, bunt przeciwko nicości, która niezależnie od naszych starań połknie nas i tak. 

samotność to wybór po części, a po części klątwa. 

ja nie wybieram, ja idę, bo stanąć to umrzeć jeszcze przed śmiercią. 

przed, zawsze przed, nigdy tam, nigdy w pełni, tylko w połowie, w szczelinach, gdzie nikt nie zagląda.

czuję ją, tak, czuję pustkę, która wlewa się we mnie jak atrament, jak tusz który plami mi duszę. być może samotność to jedyna prawda, reszta to dekoracje, tanie maski na balu, gdzie nikt nie tańczy. choć to taniec właśnie jest jedynym sensem, celem samym w sobie. czyż to nie piękny absurd? tak, ten absurd zwany życiem – czyż nie jest przerażająco piękny? 

czasami. bywa. bo bywa czasami.

...i tak w tej fascynującej grotesce bardzo łatwo zapominam, że nawet pod najciemniejszym niebem rozkwitają najpiękniejsze gwiazdy, a każdy krok w nieznane czyni mnie bardziej ludzką w obliczu absurdalności tego zamieszania. 

******

kolejny już raz: przeszłość odzywa się, ludzie wracają. 

qrwa, tęsknię za tą patologią. chociaż może nie tą konkretną, może za jakąkolwiek po prostu, tyle tylko, że ta akurat jest mi najbliższa, najbardziej znana (?).

bosze, tyle czasu minęło, a ja patrzę jak na dom.

środa, 6 sierpnia 2025

cisza i pamięć

nie chodziło o zwiedzanie, nie chodziło o pejzaże przecież. to miało być coś innego – coś w rodzaju eksperymentu na własnej świadomości. weszłam w to trochę z ciekawości, trochę z nudów, trochę z potrzeby powrotu do... korzeni? może bardziej z głodu, ale nie takiego, który da się zaspokoić chlebem, tylko tego drugiego – tego, który łapie za krtań, kiedy zbyt długo nie wydarza się nic, co by naprawdę dotknęło.

nie było biletów ani planu, nie było "po co" i "na ile". tylko to jedno słowo w głowie: żyj! tak po prostu.

szłam więc, czasem w milczeniu, czasem zbyt głośno. i zdarzało mi się patrzeć na ludzi jak przez cienką szybę, za którą nikt mnie nie słyszy, a ja ich wszystkich tak. słyszę was czasem za bardzo.

wtedy miejsca nie miały nazw. szło się tam gdzie wczoraj, tam gdzie się było ostatnio. noc była jak przeciągające się mrugnięcie, kiedy trochę widzisz, a trochę już nie, ale to bez znaczenia, bo nie dążysz do tego, by zobaczyć, a czuć. na początku jest przyjemnie, jak zanurzenie w ciepłej wodzie: wszystko mięknie, znika kontur, wszystko gładkie się staje.

a później, nagle – brak orientacji; choć może nie nagle, to wszystko zmieszane jest od początku, pozbawione jasnych granic. 

może nie ma "ja", są tylko wspomnienia, które nauczyły się poruszać jak ciało. że to one jedzą, rozmawiają, śmieją się nie na serio. że jestem tylko światłem w przezroczystym naczyniu, które zapomniało, że jest puste.

nie chcę się przywiązywać, więc zostawiam ślady. niedopowiedziane zdania, zapachy, gesty, które nie znaczą nic, a jednak coś znaczą (...) czasami coś się we mnie otwiera, jak okno, którego nikt nie zamknął, bo zapomniał, że będzie burza, i wtedy wchodzą te wszystkie obrazy – ciche, nieproszone – jak drżąca dłoń babci, spojrzenie kogoś, kto już nie patrzy, zapach "pokoiku" za łazienką, albo starej pralni w kamienicy Krzysia, w której słuchaliśmy muzyki (...) tak, wiem, to chyba już było, już o tym gdzieś pisałam. i wszystko znowu jest takie gęste, że nie da się oddychać inaczej niż przez sen.

czasami nie wiem, czy bardziej boli mnie to, co było, czy to, że już nigdy tego nie będzie, albo że nigdy nie będzie inaczej... ale uczę się nie dotykać tych miejsc – zostawiać ślady bez wracania. tak jak niektóre drzwi lepiej znać tylko od strony klamki, nigdy od środka. 

i znowu kłamię, jak zawsze, jak wszędzie – od każdej strony poznałam te "drzwi".

wtorek, 5 sierpnia 2025

oddech pustych wspomnień

gdzieś tam, za powiekami, jakieś chłodne naleganie, coś jak szepty kłamstwa, że muszę więcej, czuć więcej, być więcej... a jednak jestem, nadal jestem i oddycham. hałasem myśli oddycham, oddycham marzeń ruiną, ale idę dalej, gdzieś dalej, chociaż boję się, że puste półki pamięci pękną i zaleją mnie, zatrują mnie nicością. zdrajczynią jestem przecież, oszustką i grzesznicą, a mimo wszystko tą, która wciąż żyje, wciąż oddycha. 

czasami mam wrażenie, że może jakoś go chroniłam (?) może coś poczuł, nie wiem, może domyślił się. przecież tak bardzo chcę, żeby ktoś to zobaczył, a jednocześnie nie chcę, żeby ktokolwiek widział (...) i tak docieram do momentu, kiedy wszystko znowu się wycisza, a ja zostaję sama z myślami, które są jak stare wyblakłe zdjęcia rodzinne, pełne dziecięcych uśmiechów i łez, rozsypujące się pod dotykiem czasu.

właściwie wszystko mogło się wydarzyć tylko po to, żebym dziś miała o czym nie pisać. tylko że każde nienapisane słowo i każdy niespełniony sen, po czasie krzyczą we mnie, tak jakby chciały przypomnieć, że istnieje coś więcej. może to nie do końca ból, a nawet jeśli, to przecież NIE TYLKO on, ale i nadzieja, bo ona, mimo wszystko, zawsze krzyczy we mnie głośniej, krzyczy bardziej.

sobota, 2 sierpnia 2025

do f.

dla tej, która udaje, że nie pamięta, że z czasem zapomniała, o co jej chodziło.

(...) rozpisują, oznaczają, przypinają gdzieś na ścianach, na lodówkach – post-it, mapa, lista, afirmacja, jak kiedyś te moje karteczki w krateczki, zastąpione z czasem czymś mniej fizycznym, bardziej wirtualnym, jak wszystko inne – pamiętniki, zeszyty – fizyczne wyznaczniki wirtualnymi się stały. // myśl pozytywnie, planuj, działaj. rób coś, cokolwiek, żeby nie zwariować.

właściwie wystarczy tylko, że nie uciekniesz. nie musisz przecież robić czegokolwiek, znaczenie ma to, czego nie zrobisz.

kolejny raz: przeszłość odzywa się, ludzie wracają. //realnie, wirtualnie, na każdym kroku. to dość nietypowe chyba, dziwne to jest.

bosze, jak mi brakuje tej specyficznej głupoty, i chyba głównie dla niej to wszystko, każdy wysiłek dla niej // lub dla WOLNOŚCI w TEJ właśnie GŁUPOCIE – tak jakby jedno było synonimem drugiego.

mój cel rozlał się na wszystko inne, i nie ma już granic, niczego poza nim.