środa, 17 grudnia 2025

nieprzypadki

nie wiem kto to wymyślił, ale był tam ktoś, i chyba był to ON – jakby był zawsze, zanim jeszcze cokolwiek zaczęło istnieć. nie wiadomo kiedy pojawił się, nie wiadomo skąd. może nie pojawił się nigdy, tylko był wpisany w układ. bez pojawiania się istniał od początku (istniał od zawsze i przed).

wiem tylko, że było miejsce, nie wiadomo jakie. wyjątkowe, może święte, nie wiem. ludzie mówili, by nie pytać o kierunki, bo tam nie było kierunków, było tylko TU. oni też byli właśnie tam, czyli tu – oni tu właśnie byli. nie wiem ilu. chyba kilku. może dwie lub trzy osoby w wielu odsłonach. coś z R. coś z M. może też coś z K. ale to nic pewnego. 

co to jest pewność w ogóle?

wtorek, 16 grudnia 2025

oczekiwania

wszystko jest w domyśle, tak jakby w nawiasie, każde moje słowo, każda myśl. nie wiem gdzie kończy się to zdanie, i czy w ogóle się kończy, może dalej jest tylko szum. zresztą chyba właśnie tam powinnam zacząć. zawsze czekam na (...) q*wa, zawsze czekam. zawsze czekałam.

poniedziałek, 15 grudnia 2025

samotnia

oczy zamknięte, ale nie ze snu, tylko z przeciążenia. jakby spojrzenie mogło jeszcze coś zmienić. nic nie zmienia. światło kładzie się cienko jak oddech osoby, która właśnie zrozumiała, że nie ma po co oddychać. chcesz wstać, ale przecież nie ma powodu by przejść do innego kąta tej samej ciszy. czas rozciąga się jak błona między dniami, przezroczysta, drżąca, ale silna, odporna, nigdy nie pęka, nigdy nie znika. samotność chodzi własnymi drogami, trochę jak kot – niby swoja, niby obca, czasem przemyka pod nogami, zaczepia puszystym ogonem. obok zapach zimnej kawy, nieumyte okno, kurz na parapecie. czy to, że wiesz, że żyjesz sam, znaczy, że jesteś sam? czy może samotność potrafi pełzać za tobą krok w krok, kleić się do skóry nawet wtedy, gdy ktoś śpiewa w łazience dwa metry dalej?

niedziela, 14 grudnia 2025

w.końcu

to tak jak np. siedzenie gdzieś w poczekalni. nie wiem skąd to skojarzenie, ale niech będzie takie. krzesła są plastikowe, zimne, i ciągle poprawiam włosy, bo ktoś może wejść. albo nikt. chyba nikt. chyba nie obchodzi mnie to. nie obchodzą mnie obcy ludzie. nie poprawiam więc niczego, w dupie mam to czy ktoś przyjdzie czy nie, ale przecież nie mogę tak siedzieć nie myśląc o niczym, nie mając planu, celu, czegokolwiek, nie wiem... ktokolwiek by nie wszedł usiadłby obok mnie. 

...a może ta poczekalnia to wcale nie jest poczekalnia, tylko wnętrze mojej głowy, a te krzesła są zrobione z czegoś miękkiego, więc to nie krzesła, to raczej fotele, a to, co miękkie kiedyś było twarde, ale teraz się poddaje pod ciężarem, naciskiem czegoś (z zewnątrz? wewnątrz?), kogoś. raczej kogoś. zastanawiam się, czy jeśli on wstanie, to zostanie odcisk, taki jak w materacu po kimś, kto nigdy tam nie siedział.

światło mruga. nie, nie światło, to powieki mrugają, ale w jakimś obcym rytmie, jakoś obco, trudno to opisać. czuję zapach – słodki, mdlący, trochę sztuczny, ale ładny, może to ep, chyba. 

może on też jest żywy, albo też jest martwy, może jest taki jak ja... nie, to niezbyt prawdopodobne akurat. obserwuje mnie i tyle. lubi. aż tyle.